Niekiedy zastanawiamy się, czy w obliczu trudnych tematów słowa są w stanie oddać ich charakter. Dlatego często milczymy. A jak jest w przypadku muzyki? Czy uzupełniona o słowa i obrazy może wyrazić więcej, może dotrzeć do istoty doświadczenia ludzkiego?
„Brygada śmierci” (1964) Krzysztofa Pendereckiego miała być radiową operą, powstało radiowe półgodzinne słuchowisko, na recytatora i taśmę. Taśmę przygotował Penderecki w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia, czyli u Józefa Patkowskiego, przy współpracy z tamtejszymi inżynierami dźwięku. Recytator miał za zadanie czytać tekst w synchronizacji w synchronizacji z ową „muzyką” nagrana na taśmę. Źródłem dla tekstu „Brygady śmierci” był dokument autentyczny. Przerażający, pisany w ściśle rzeczowy sposób dziennik więźnia, który jako uczestnik Sonderkommando 1005 zmuszony był pracować przy paleniu zwłok ofiar masowych mordów, w okolicach Lwowa. Młodemu więźniowi, nazywał się Leon Weliczker, udało się cudem ocalić. Z dziennika opublikowanego w roku 1946 przez Centralną Żydowską Komisję Historyczną, Jerzy Smoter przyrządził kompozytorowi „libretto” utworu.
Prawykonanie „Brygady śmierci” miało miejsce w Warszawie, w styczniu roku 1964, na koncercie Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Recytował Tadeusz Łomnicki, dźwięk towarzyszący recytatorowi szedł z głośników, dwa reflektory, jak w spektaklu „son et lummiere”, wysyłały dwa rodzaje barw: martwy niebieski i krzycząca czerwień. Słuchacze nie wiedzieli jak reagować wobec okrucieństwa beznamiętnego, rzeczowego tekstu i towarzyszących mu brzmień, eksplodujących między zdaniami niepohamowaną niczym furią protestu.
Słynną stała się reakcja krytyki; szczególnie często bywają cytowane opinie Zygmunta Mycielskiego i Jarosława Iwaszkiewicza. Mycielski nie mógł wyjść z zadziwienia na tą „pomyłką” kompozytora. „Jeżeli chodzi o przypominanie tego, co się działo na świecie – pisał (…) – to lepiej czytać po prostu taki tekst bez żadnych efektów akustycznych i nie przed publicznością, która przychodzi na koncert…”. Iwaszkiewicz, poruszony do żywego, nie szczędził słów krańcowo ostrych. W nocie redakcyjnej swojego organu, „Twórczości”, atakował kompozytora za przekroczenie „niewidzialnej granicy”, jaka istnieje między prawem do uczuciowej reakcji a „barbarzyństwem”. Pisał: „Straszliwy tekst zapisek ocalałego jeńca, który należał do brygady palącej trupy, tysiące trupów – w wątpliwej deklamacji przy akompaniamencie wątpliwej muzyki – przekształcił się w słuchowisko przerażające w swoim barbarzyństwie i przekraczające wszelką wytrzymałość”.
Czy mogło stać się inaczej? Penderecki przyszedł w innego świata. Należał do tych, co sami widzieli. Widzieli holocaust i przeżyli go do głębi. Coś kazało mu dać świadectwo. Mógł tylko krzyczeć albo milczeć. Wybrał krzyk protestu, buntu przeciwko wiekowi, który przyniósł apokalipsę. Niebawem wypowie ów protest w sposób nie tak „barbarzyński”, bardziej „cywilizowany”, pisząc „Dies irae”, oratorium poświęcone pomordowanych w Auschwitz – za którego swoistą zapowiedź można uznać „Brygadę śmierci”.
Fragment książki Mieczysława Tomaszewskiego „Penderecki. Bunt i wyzwolenie. Cz. I – Rozpętanie żywiołów”, PWM 2008.
Opracowała: Lidia Grzybowska



