Jak uczy historia, korzenie najpiękniejszych dzieł sztuki najczęściej wyrastają prosto z serca artysty. Wielu obrazów czy utworów muzycznych (nie wspominając już o wierszach, które są wręcz idealnymi wyrazicielami uczuć), nie byłoby, gdyby nie czyjeś złamane serce. Nie byłoby też może i Legendy Henryka Wieniawskiego, ale o tym Waleriana Pawłowskiego słów kilka niżej.
Spotkawszy w Londynie swego o sześć lat starszego przyjaciela, znakomitego pianistę, a zarazem kompozytora i pedagoga, Antoniego Rubinsteina, pan Henryk zostaje przez niego namówiony do złożenia wizyty w jednym w najpierwszych londyńskich salonów. Wieniawski nie przepada za tego rodzaju spędzaniem czasu. Uważa, że Anglicy mają do artystów stosunek protekcjonalno-lekceważący, a tego pan Henryk nie znosi. Istnieje jednak powód, skłaniający go do złożenia wizyty państwu Hampton. Otóż pani domu jest siostrą znanego pianisty i kompozytora George’a Osborne’a, a przy tym damą o wysokiej kulturze osobistej. Nie przypuszczał zapewne nasz wirtuoz, że już wkrótce pani Hampton stanie się jego… teściową! Hamptonowie mieli córkę, nadobną Izabelę(…). I oto Henryk zakochuje się bez pamięci w angielskiej Izie i jest to ze strony Wieniawskiego miłość od pierwszego wejrzenia. Klasyczne coup de foudre – uderzenie pioruna!
Szanse na mariaż były znikome… Po prostu ojciec panny, sir Thomnas Hampton, złożył veto. Stanowcze i zdecydowane. Nie odda swojej wiotkiej latorośli skrzypkowi! Prawdę mówiąc, nie dziwię się starszemu dżentelmenowi i wcale go nie potępiam, Wieniawski bowiem cieszył się opinią człowieka niezbyt serio traktującego życie. Miał się też czym cieszyć…
Zdesperowany artysta – nie, w tym momencie wyobraźnia moja staje się zbyt uboga, bym mógł ważyć się na odmalowanie reakcji Wieniawskiego, pozwolę sobie przeto wezwać na pomoc znakomitego muzykologa, profesora Józefa Reissa (1879-1956), opisującego w swej książce stan duchowy bohatera naszej opowieści, w chwili, gdy jego marzenia zdawały się walić w gruzy. Oto cytat:
,,Rozpacz jego była niewypowiedziana. Wrócił do mieszkania szukając ulgi w samotności… Chwycił za skrzypce, które odezwały się cichą, rzewną muzyką… Grał długo. Odłożywszy skrzypce, usiadł i jednym rzutem napisał jeden z najwspanialszych swych utworów, poczęty w chwili natchnienia. Wkrótce zapowiedział koncert. W programie znalazł się świeżo napisany utwór – Legenda. Nieugięty ,,sir” udał się z paniami na koncert. Na estradzie ukazał się koncertant witany oklaskami, między innymi kompozycjami grał świeżo napisany utwór wśród głębokiego wzruszenia słuchaczów. Po koncercie sir Hampton zbliżył się do estrady i podając rękę młodemu mistrzowi rzekł – Tylko prawdziwa miłość tłumaczy się tak natchnioną pieśnią, jaką pan dziś do nas przemówił. Jestem przekonany, że goręcej nikt nie umiałby pokochać mojej córki. Nie pragnę zatem dla niej innego szczęścia i proszę, zechciej pan nazywać się moim synem.”
Tu kończy się relacja profesora Reissa, zgodna z opisem zamieszczonym w ,,Tygodniku Ilustrowanym” z dnia 1 V 1880 roku. Prawda, jaki miły, staroświecki styl, zgodny z duchem epoki i jaka śliczna historia? A czy autentyczna? Ha – tu zaczynają się niejakie wątpliwości. Faktem jest, że Wieniawski był w roku 1859 w Londynie. Miał wówczas 24 lata. Faktem jest też, że w kwietniu tego roku poznał Izabellę i zapałał ku niej afektem, który spotkał się ze zdecydowaną dezaprobatą ojca dziewczyny. Faktem jest też, że świeżo skomponowaną Legendę zadedykował swojej żonie, a więc zajmował się nią – Legendą, a nie żoną – w wyżej wymienionym okresie. Trudno jest natomiast dociec, czy sir Thomas Hampton dał się tak wzruszyć, by udzielić ojcowskiego błogosławieństwa młodej parze. Istnieje nader wiarygodne świadectwo stanowiące dowód, że sprawa wyglądała zgoła inaczej. Oto wnuk Wieniawskiego – sir Brian Dean Paul, utrzymuje, że jego pradziadek, Thomas, swoją córeczkę Izabellę najzwyczajniej na świecie wydziedziczył za karę, iż wyszła za mąż za polskiego skrzypka. Wydaje się więc, że legenda o Legendzie w połowie jeno jest prawdziwa, co nie przeszkadza, że światowej literaturze skrzypcowej przybył jeszcze jeden klejnot z Polski rodem.
Fragmenty pochodzą z książki: W. Pawłowski, Muzyka i miłość, PWM 1999, s. 120-121
Opracowała: Aneta Kalamat



