Archiwa tagu: muzyka symfoniczna

Nie można filozofować, trzeba pisać nuty

Wszyscy znamy Wojciecha Kilara jako znakomitego kompozytora dzieł muzyki poważnej i filmowej. Ale nie każdy z nas wie, że jest on jednocześnie gawędziarzem z ogromnym poczuciem humoru.

Możemy się o tym przekonać sięgając po wywiad-rzekę Cieszę się darem życia, w którym opowiada o swoim życiu i swojej twórczości, okraszając opowieści wieloma dykteryjkami, celnymi uwagami i niezwykle interesującymi anegdotami.

Oto fragmenty rozmowy, wydanej przez PWM:

- Dla wielu słuchaczy muzyka jest przesłaniem ważnych treści, a dla Pana?

WK: Przesłanie przesłaniem, a technika techniką. Nie ma lepszej anegdoty niż ta stara i często powtarzana – o Janie Styce, który mówił, że maluje Matkę Boską na kolanach. Potem powiadano, że ukazała mu się Matka Boska  i powiedziała: „Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”. Otóż wielkie malarstwo sakralne nie zachwyca nas przez swą tematykę, mimo że oczywiście przeżywamy je religijnie i duchowo. Nie podziwiamy jednak jakichś pacykarzy, tylko mistrzów pędzla. To są sprawy oczywiste, niemniej nie tak powszechnie znane. Bardzo często ludzie, którzy niezdarnie namalują Matkę Boską, uważają, że należy temu dziełu złożyć hołd, bo to jest wizerunek Matki Boskiej. Niedobry obraz Matki Boskiej jest, mimo chlubnych intencji, zniewagą, bo Ona zasługuje na naprawdę dobrego malarza, dobrego kompozytora, dobrego pisarza.

Słowo „przesłanie” jest nieprzetłumaczalne. W pierwszej rozmowie z Francisem Fordem Coppolą na temat muzyki do Draculi, od razu przedstawiłem swoje poglądy na różne sprawy, a on na to: „Dracula ma być filmem o pomyłce Boga”. Odpowiedziałem mu: „pomyłka Boga pomyłką, muszę zobaczyć obraz. To jest konkretna praca, przy której nie można filozofować, tylko trzeba pisać nuty”. Wtedy też przypomniałem mu cyniczne powiedzenie pewnego amerykańskiego producenta, które Coppola zresztą bardzo dobrze znał – „Jak masz message, to idź na pocztę”, oparte na grze słów, message oznacza bowiem w języku angielskim i przesłanie, i wiadomość. Ja też jestem tego zdania. Najpierw są tylko nuty, przesłania można doszukiwać się potem. Czy Mozart miał przesłanie? A Bach? Był organista, toteż pisanie kantat, toccat, mszy należało do jego obowiązków. Kult przesłania pojawił się w XIX wieku. Karłowicz na przykład pisywał do swych utworów teksty, komentarze, lecz gdy weźmie się którąkolwiek z jego partytur do ręki, od razu widać, że jest to profesjonalna robota. (…)

- Jak Pan ocenia siebie jako twórcę?

WK: Jestem człowiekiem, który ma całą masę okropnych wad, np. nie odpisuję na listy. Nie na wszystkie oczywiście, jednak zdarzyło mi się to naprawdę wiele razy, a potem boleję nad tym, cierpię, zdaję sobie sprawę, że nie powinienem tak robić. Jednak mimo tych wszystkich wad wydaje mi się, że umiem względnie nie najgorzej ocenić siebie jako artystę. Mam o sobie i swojej klasie wyrobioną opinię, która może jest trochę megalomańska, a komuś może wydać się zbyt skromna. Myślę, że jestem takim symfonicznym Moniuszką. Stanisław Moniuszko pisał piosenki, które wypełniły lukę w polskiej muzyce pieśniowej, tak samo moja twórczość wypełnia lukę w polskiej muzyce symfonicznej, która nie jest zbyt bogata w utwory, jak to się mówi potocznie „do grania”. A ja piszę takie właśnie utwory. Jeśli ktoś widzi w mojej muzyce więcej wartości niż ja sam, to chętnie się z tym zgodzę, jednak moim celem jest zabawa dźwiękami i chęć podzielenia się tą radością z publicznością. Dlatego jeśli czegoś nie komponuję, to tylko ze względu na brak pomysłu. Ostatecznie umiem przecież pisać nuty i mógłbym pracować bez przerwy, ale w jakim celu, skoro nie odpowiada to mojemu ideałowi twórczemu? Zresztą, zaczynałem wiele utworów, ale odkładałem je widząc, że mi brak pomysłu, że utwór się nie klei. Nie potrafię pisać ciągle w jednym stylu, ciągle tak samo. Nie chciałbym, żeby moja wypowiedź została odebrana jako krytyka tych, którzy tak tworzą, każdy z nas bowiem jest inny i nie ma dwóch takich samych kompozytorów.

Muzycy zawsze byli od czegoś albo od kogoś zależni. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach ta zależność jest o wiele mniejsza niż np. w epoce Bacha. Zresztą o geniuszach nie ma sensu nawet wspominać. Ich zasługi w pewnym sensie są minimalne, ponieważ muzyka sama im wypływała spod pióra i to bez względu na warunki. Nasze osiągnięcia w tej materii są o wiele większe, ponieważ to właśnie my, maluczcy, męczymy się, żeby coś sensownego napisać. Jesteśmy w tym momencie rzeczywiście godni szacunku za nasz idealizm, za to, że dla czegoś niepotrzebnego marnujemy życie. A w przypadku takich geniuszy jak Bach czy Mozart muzyka powstała naturalnie, przez nich przemawiał sam Bóg. I nie ma w tym ich zasługi. To może trochę żartobliwa prawda, ale jednak prawda. Mozart naprawdę był takim kwiatuszkiem, któremu Bóg pozwolił wyrosnąć.

Fragmenty pochodzą z książki: „Cieszę się darem życia. Rozmowy z Wojciechem Kilarem”, PWM 2007

Opracowała: Lidia Grzybowska



Rap pani Rappe

Nasz konkurs na najlepszy komentarz do prawykonania III Symfonii Pawła Mykietyna, został rozstrzygnięty – nagroda powędrowała do pana Radosława Pypecia. Nagrodzony tekst prezentujemy niżej.

W piątek, 1 lipca w Filharmonii Narodowej miało miejsce prawykonanie najnowszej kompozycji Pawła Mykietyna. Sala koncertowa wypełniona była po brzegi. Nie zabrakło znanych postaci ze świata filmu i teatru, z którymi współpracuje kompozytor. Wydarzenie rozpoczęło się od kilku wstępnych słów Michała Merczyńskiego (dyrektora Narodowego Instytutu Audiowizualnego), który zamówił dzieło u kompozytora oraz sponsorów koncertu, prezesów PKO BP oraz PZU SA. Po chwili na estradzie pojawiła się Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej, a następnie dyrygent Reinbert De Leeuw oraz śpiewaczka Jadwiga Rappe.

Utwór rozpoczyna melorecytowana partia altu z dość nietypowym jak na sterylną przestrzeń filharmonii „tekstem” Mateusza Kościukiewicza (Dram, tram, centrum Mokotów, smród żula, perfuma damy, cały umorusany stoje w metalowej szynie, sunę do ciebie zasłużenie, jak mniemam, nie mam a chciałbym rozrzucić stos pieniędzy. Dosiada się tłum, trzymam się, smrodu więcej…) po czym nagle, w dynamice fff, uderza podzielona na grupy orkiestra mająca naśladować rytmy na których bazuje tzw. „muzyka młodzieżowa”. Wszystko na orkiestrę, żadnej elektroniki. Rozbudowana grupa instrumentów perkusyjnych używanych jednak bardziej dyskretnie, nie wprost, jak w Pasji. Ich rolę przejmują pozostałe instrumenty (dęte blaszane i smyczkowe), grające najprostszy jednostajny perkusyjny „beat”. To, co proste do zagrania na zestawie perkusyjnym, okazało się nieco trudniejsze wykonawczo dla dużego zespołu. Orkiestrze nie zawsze udawało się zsynchronizować w podkreślaniu jednostajnego pulsu. Co jakiś czas powracała Jadwiga Rappe melorecytując, śpiewając głosem klasycznym (operowym) czy mówiąc, swoją partię. Specyfika tekstu, jak i rozmaite techniki wykonawcze uniemożliwiały często jego zrozumienie. W partii orkiestry uporczywie powtarzany rytm przeplatał się z fragmentami dynamicznie, melodycznie i rytmicznie skontrastowanymi, sprawiało to wrażenie prowadzenia równoległych, estetycznie odmiennych „akcji” muzycznych. Po hałaśliwej części pierwszej nastąpiła nie mniej hałaśliwa czysto instrumentalna część druga. Jej motoryczny charakter przypominały nieco Święto wiosny Igora Stravinskiego. Nieco dalej pojawiła się punktualistyczna faktura znana m.in z Symfonii II. W pewnym momencie wyłania się z niej charakterystyczna dla części pierwszej figura rytmiczna, która następnie poddawana jest wariacją. Część trzecią, w jednym z wywiadów, kompozytor nazwał scherzem. Rozpoczyna się ona zapętloną „frazą” melodyczno-rytmiczną (w muzyce hip-hopowej fragment taki nosi nazwę ‘loop’), na której tle Jadwiga Rappe „śpiewa” swą quasi-rapową partię. Po czasie wszystko się rozpływa i pojawiają się gwałtowne tutti orkiestry znane z części drugiej, aby znów powrócić do stanu początkowego (hip-hopowego loop’u). Zabieg ten przypomina zwalnianie i przyśpieszanie obrotów płyty gramofonowej. Część czwarta oparta jest na znanej z poprzednich części figurze rytmicznej zmienia się jednak oprawa brzmieniowa, pojawią się mikrotony. Ostatnie piąte ogniwo jest minifinałem. Trwa zaledwie minutę. Oszczędny w środkach. Chwilę przed zakończeniem słyszymy dźwięk otwieranego przez perkusistę szampana. Chwilę po zakończeniu część publiczności wznosi gromkie brawa. Kilka osób wstało. Pozostali mają pewne opory. Publiczność pozostaje podzielona.

III Symfonia Pawła Mykietyna jest niewątpliwie dziełem kontrowersyjnym. Z jednej strony różni się od wcześniejszych utworów kompozytora, sposobem prowadzenia narracji muzycznej wynikającym z zastosowanego materiału (czyli konwencjonalnych „beatów” w muzyce popularnej oraz warstwy tekstowej), z drugiej natomiast korzysta z pomysłów wypracowanych w poprzednich utworach. Artysta zdecydował się na bardzo odważny i ryzykowny krok wchodząc na pole jednego z najbardziej aktualnych i zażartych sporów dotyczących współczesnej kultury muzycznej. W takiej sytuacji pytanie „co dalej?” pozostaje jeszcze bardziej frapujące.

Radosław Pypeć


Outsider z wyboru

Rozmowa z Teresą Chylińską, muzykologiem, znawczynią twórczości Karola Szymanowskiego, redaktorem naukowym Dzieł i wydawcą pełnej korespondencji i pism literackich kompozytora.

- Zajmuje się Pani postacią i dorobkiem Karola Szymanowskiego już ponad 50 lat. Co było dla Pani pierwszym impulsem, który wpłynął na zainteresowanie się tym tematem?

- Pierwszy impuls wynikał z bardzo prozaicznych powodów – Polskie Wydawnictwo Muzyczne (jedyna muzyczna oficyna istniejąca w powojennej Polsce) skonstatowało, że nie posiadamy niemal niczego na temat czterech „Klasyków Polskich”, a więc Chopina, Moniuszki, Karłowicza i Szymanowskiego. Brakowało zarówno partytur, jak i wydanej korespondencji, albumów… jednym słowem wszystkiego, co tworzy świadectwo życia i twórczości kompozytora. Mnie w udziale przypadł klasyk – Szymanowski, z którego muzyką – silnie do mnie przemawiającą – oczywiście wcześniej już miałam kontakt. Pierwszym moim zadaniem było przygotowanie albumu ikonograficznego. Praca nad nim umożliwiła mi bliższe zapoznanie się z biografią kompozytora, natrafiłam wówczas na listy Szymanowskiego (z których wiele przed zniszczeniem w powstaniu warszawskim uratował nieodżałowanej pamięci muzykolog Stanisław Golachowski), za sprawą których mogłam zbliżyć się do osobowości twórcy. Wydawanie korespondencji i pism muzycznych rozpoczęłam od przygotowania do publikacji niewielkich objętościowo tomików (Z listów, Z pism), mających za zadanie wstępnie zapoznać Czytelnika z „pisarskim” dorobkiem Karola Szymanowskiego. Potem zaczęła się systematyczna, detaliczna praca nad edytorską koncepcją źródłowego wydania Dzieł wszystkich kompozytora. Nawiązaliśmy kontakt z pierwszym wydawcą dzieł Szymanowskiego – Universal Edition w Wiedniu, który posiadał większość rękopisów muzycznych kompozytora. Uzyskanie zezwolenia od polskich władz na kooperację z austriackim wydawnictwem kosztowało Polskie Wydawnictwo Muzyczne niemało wysiłku i pracy, nierzadko o charakterze dyplomatyczno-politycznym, wreszcie po kilku latach starań i negocjacji udało się zawrzeć międzynarodową umowę na współwydanie Dzieł wszystkich Szymanowskiego. Na mocy tego porozumienia ustalono, że polska wersja (ze wstępami i komentarzami w języku polskim) obejmie 26 tomów, zaś równolegle będzie się ukazywać wersja tzw. koedycyjna – niemiecko-angielska. Ta rozpoczęta w 1965 roku praca trwa do dzisiaj – do sfinalizowania przedsięwzięcia brakuje dwóch tomów, zawierających partytury opery Hagith oraz II Symfonii. Wraz z Polskim Wydawnictwem Muzycznym liczymy na to, że uda nam się zakończyć wydawanie Dzieł wszystkich do 2013
roku – na stulecie powstania Hagith. Odrębne pole mojej edytorskiej działalności stanowiła praca – z dumą muszę przyznać, że już zakończona – nad publikacją pełnej korespondencji kompozytora. Obecnie dysponujemy 4 tomami (na które składa się 15 woluminów) wydanymi przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne (2 pierwsze tomy) i Musica Iagiellonica (2 kolejne tomy). Zważywszy, że praca nad pełnym, krytycznym wydaniem np. korespondencji Fryderyka Chopina nie została jeszcze zakończona, dokonanie tego w odniesieniu do Karola Szymanowskiego uważam za wielkie osiągnięcie.

- Jaki jest Pani stosunek do upowszechniania muzyki Szymanowskiego? Czy jego twórczość ma szansę dotrzeć do szerokiego grona odbiorców?

- Nie sądzę, aby istniała konieczność upowszechniania twórczości Szymanowskiego. W życiu obowiązuje zasada różnorodności – każdy ma prawo wybrać to, co jest mu bliższe pod względem estetyki, co odpowiada jego wrażliwości. „Bufet kulturalny” jest ogromny, nie wszyscy muszą lubić to samo. Czym innym jest wiedza o artyście i jego dziele, o jego miejscu w kulturze muzycznej – taką wiedzę szerzyć należy, i to tak długo, aż się zadomowi na stałe w naszej świadomości. Muzyka Szymanowskiego jest trudna, wysublimowana i w pewnym sensie elitarna, chyba „pod strzechy” się nie nadaje. Od Króla Rogera np. zawsze będzie odgradzał mur konieczności pewnego intelektualnego wysiłku, bez którego nie sposób uchwycić teatralnego sekretu tej partytury. Odbiorca muzyki Szymanowskiego musi się zmierzyć z zaskakująco osobistym, oryginalnym charakterem wyobraźni twórcy, jakby „niepodobnej” do wszystkiego, co mu jest znane, a nade wszystko z intensywnością i żarliwością wyrazu w niej zawartego. Ci wszakże, którzy „zarezonują”, do których ta muzyka przemówi – już się z fascynacji nią nigdy nie wyzwolą. Apelowałabym zatem, aby raz na zawsze skończyć z pytaniem o „popularność” Szymanowskiego. Jego muzyka na stałe weszła do światowego repertuaru, jest wykonywana i nagrywana przez najlepszych artystów, funkcjonuje w światowym obiegu kulturalnym. Także osobowość twórcy, jego biografia wzbudza zainteresowanie. Niedawno np. telewizja holenderska, pod wpływem zachwytu, jaki wywołało wykonanie w Amsterdamie Stabat Mater, zarejestrowała nie tylko sam koncert, ale nakręciła krótki „esej biograficzny” o Karolu Szymanowskim (fatygując się w tym celu do Krakowa i Zakopanego…). Pro domo sua natomiast, z przykrością zauważam, że po 2007 roku (tzw. Roku Szymanowskiego), kiedy to twórczość kompozytora eksploatowano na wiele rozmaitych „jubileuszowych” sposobów, jego utwory pojawiają się w programach polskich koncertów nadzwyczaj rzadko. Czyżby takie „akcyjne” upowszechnianie, popularyzowanie tej muzyki przyniosło odwrotny skutek?

- Jakie są Pani oczekiwania wobec potomnych badających spuściznę Karola Szymanowskiego?

- Przyszłym badaczom i autorom nowych opracowań życzę, aby – mając obecnie do dyspozycji wszystkie źródła – starali się poprzez nie dostrzec niezwykłą osobowość wielkiego artysty, jakim był Szymanowski. Artysty podążającego własnymi drogami, nigdy „w nogę” z modami epoki, odważnego outsidera z wyboru. Ważne byłoby zbadanie muzycznego dorobku kompozytora na tle europejskich osiągnięć tamtych czasów, ale nie w kontekście podobieństw, lecz z położeniem akcentu na różnice, odrębności. Tylko na tej drodze można odnaleźć – jeśli w ogóle – sekret oryginalności i indywidualności Szymanowskiego.

Rozmawiała: Anna Al-Araj

www.polskamuza.eu


Pełny tekst wywiadu dostępny na stronie www.pwm.com.pl


Wywiad z Pawłem Mykietynem

“W dzisiejszych czasach podział na muzykę poważną i muzykę rozrywkową nie jest trafny, same terminy nie są trafne” –  Paweł Mykietyn


Oczekiwanie

Oczekiwanie na prawykonanie III Symfonii Mykietyna przypomina nieco oczekiwanie na III Symfonię Lutosławskiego. Czy takie porównanie jest uprawnione?

Oczywiście, że tak, gdyż poprzeczka została zawieszona dla kompozytora bardzo wysoko. Gdy trzy lata temu odbierał w Studiu im. Lutosławskiego nagrodę Opus z rąk swego profesora Włodzimierza Kotońskiego, miejsce wręczania tego wyróżnienia było wielokrotnie przywoływane. A jak odczytać fakt, że zamówienie zostało złożone u Mykietyna w związku z inauguracją prezydencji Polski w UE? Czy ciekawym przypadkiem nie jest to, że w tym samym czasie, gdy III Symfonia Mykietyna będzie prawykonywana przez Filharmonię Narodową z udziałem Jadwigi Rappe i Reinberta de Leeuwa w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej odbędzie się premiera Króla Rogera Karola Szymanowskiego, ojca polskiej muzyki XX wieku, pierwszego Polaka, który pchnął naszą muzykę na europejskie tory?

 Andrzej Kosowski

Zapraszamy do wysłuchania transmisji w radiowej Dwójce, 1 lipca o 20.00


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.