Archiwa tagu: Mieczysław Tomaszewski

Trzy marsze żałobne z Chopinem w tle – muzyczny, liryczny i malarski.

Sztuka powstaje z potrzeby serca. Dlatego muzyka, poezja i malarstwo, mając wspólne źródło,  wzajemnie potrafią na siebie oddziaływać, być inspiracją, uzupełniać się. Muzyka jest uniwersalna, bo przemawia dźwiękami zrozumiałymi dla wszystkich niezależnie od języka. Podobnie jest z malarstwem. Najmniej bez znajomości języka pojmiemy tekst, ale i tu znane są przypadki, gdy poprzez odpowiednią artykulację wymawianych słów można wywołać wzruszenie u odbiorcy¹.

Przykładem takich wzajemnych inspiracji może być „Marsz żałobny” Chopina.

Mieczysław Tomaszewski w swojej książce „Chopin, człowiek, dzieło, rezonans” podaje szczegółowe kalendarium życia mistrza. Pod datą 28 listopada 1837 r. znajdujemy  informację o wpisie  przez Chopina tria z „Marsza żałobnego” do sztambucha pewnej osoby, nieznanej nam dzisiaj z nazwiska. Data o tyle znacząca, że to wigilia 7 rocznicy wybuchu powstania listopadowego.

Kolejny raz utwór wymieniany jest pod rokiem 1839, tym razem jako część składowa Sonaty b – moll, z informacją, iż jest to główne dzieło skomponowane latem tegoż roku. Chopin pisał o tym do swojego serdecznego przyjaciela Juliana Fontany.

„Marsz żałobny” Chopina,  według opinii wielu,  można uznać za najwybitniejszą i najmocniejszą w oddziaływaniu kompozycję tego rodzaju w historii muzyki. To co decyduje o jego oryginalności w odróżnieniu od innych marszów (chociażby od marsza żałobnego Beethovena),  to brak celebry czy patetycznej gestykulacji. Jest maksymalnie prosty i oszczędny, ale to właśnie pozwala oddać dogłębnie nastrój smutku i tragizmu.

Utwór wzrusza nieodmiennie do dziś.

Zresztą sam Chopin mu uległ. W jednym z listów do Solange Clésinger (córki swojej przyjaciółki George Sand) pisał, iż podczas wykonywania Sonaty b-moll na kameralnym koncercie, po odegraniu jej dwóch części musiał przerwać grę i odejść od fortepianu. Pozwoliło mu to odpędzić od siebie nierzeczywisty świat „przeklętych widziadeł”, którego obecności doświadczył, gdy miał przystąpić do gry części trzeciej tj. „Marsza żałobnego”.

Na marginesie warto dodać, że Fryderyk Chopin był utalentowany nie tylko muzycznie. Wspomina się o talencie rysunkowym, literackim, czy nawet aktorskim. Kto wie, czy artystyczna wyobraźnia Fryderyka Chopina nie podpowiedziała mu tego, co odczuli i „zobaczyli” później w jego muzyce poeta Kornel Ujejski i malarz Władysław Podkowiński.

I tak dochodzimy do pozostałych dwóch – z tytułowych trzech – marszów żałobnych.

W Krakowie, w Muzeum Narodowym w  Galerii Sztuki Polskiej XX wieku, znajdziemy obraz zatytułowany (nomen omen) „Marsz żałobny Chopina” autorstwa Władysława Podkowińskiego². Postaramy się wprowadzić w jego treść (chociaż najlepiej byłoby zobaczyć go na własne oczy).

Na tle ciemnej nocy, z niebem przesłoniętym chmurami, zza których zaledwie widać zarysy księżyca, majaczą korony drzew i chmary ptaków. Od lewej strony obrazu kroczy rozświetlony orszak nieokreślonych w kształcie postaci („przeklęte widziadła”?). W jego centrum, w otwartej trumnie, niesionej przez skrzydlate anioły, spoczywa młoda kobieta. W środku obrazu – na granicy światłości i mroku – widoczna jest postać mężczyzny z ręką uniesioną w górę  i szeroko otwartymi ustami. Mimo że mężczyznę spowija ciemność nietrudno domyślić się, że usta krzyczą, a całość postaci wyraża rozpacz po stracie ukochanej.

 Gdy ktoś odchodzi, chcemy go zatrzymać albo pójść razem z tą osobą. W przypadku odejścia ostatecznego – obie te rzeczy są niewykonalne. Dlatego ból tak wielki. Dopełnieniem atmosfery obrazu są unoszące się i kołyszące nad całością ciemne dzwony. Jest tu skarga, bunt i jest lęk. To coś w rodzaju wyjścia naprzeciw tragizmowi śmierci. Obraz nie został ukończony. Czy celowo? Tego się już nie dowiemy. Faktem jest, że malarz w rok po namalowaniu dzieła, w wieku 29 lat, zmarł.

Ale rodzi się też inne pytanie: skąd tyle szczegółów w obrazie. Czy tylko utwór muzyczny podziałał na artystę – malarza. Otóż okazuje się, iż ważki udział miał w tym przypadku utwór poetycki Kornela Ujejskiego pod tytułem… Proszę zgadnąć?  Oczywiście – „Marsz żałobny”. Kornel Ujejski zainspirowany marszem Chopina „zobaczył”  w nim: dzwony i kraczące wrony, i trumnę, i żal, i żałobę… w kontekście własnego życia.

Co my odczuwamy dzisiaj słuchając „Marsza żałobnego” Fryderyka Chopina?

Opracowała Renata Olchawa
Wykorzystano:
Tomaszewski M. , Chopin, człowiek, dzieło, rezonans, PWM SA,  2005;
Zieliński A. , Życie i droga twórcza PWM, 1998.

¹Znana jest powszechnie anegdota o Helenie Modrzejewskiej, która podczas tournée po USA poproszona została o zaprezentowanie ad hoc czegoś po polsku. Recytacja wywołała powszechny aplauz, a „utworem” który wzbudził te emocje było odliczanie kolejno cyfr.

² Malarz bardziej pewnie znany jest jako autor obrazu „Szał uniesień”. Oba te obrazy łączy ten sam wątek – nieszczęśliwa miłość ich autora.


Mógł tylko krzyczeć albo milczeć

Niekiedy zastanawiamy się, czy w obliczu trudnych tematów słowa są w stanie oddać ich charakter. Dlatego często milczymy. A jak jest w przypadku muzyki? Czy uzupełniona o słowa i obrazy może wyrazić więcej, może dotrzeć do istoty doświadczenia ludzkiego?

„Brygada śmierci” (1964) Krzysztofa Pendereckiego miała być radiową operą, powstało radiowe półgodzinne słuchowisko, na recytatora i taśmę. Taśmę przygotował Penderecki w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia, czyli u Józefa Patkowskiego, przy współpracy z tamtejszymi inżynierami dźwięku. Recytator miał za zadanie czytać tekst w synchronizacji w synchronizacji z ową „muzyką” nagrana na taśmę. Źródłem dla tekstu „Brygady śmierci” był dokument autentyczny. Przerażający, pisany w ściśle rzeczowy sposób dziennik więźnia, który jako uczestnik Sonderkommando 1005 zmuszony był pracować przy paleniu zwłok ofiar masowych mordów, w okolicach Lwowa. Młodemu więźniowi, nazywał się Leon Weliczker, udało się cudem ocalić. Z dziennika opublikowanego w roku 1946 przez Centralną Żydowską Komisję Historyczną, Jerzy Smoter przyrządził kompozytorowi „libretto” utworu.

Prawykonanie „Brygady śmierci” miało miejsce w Warszawie, w styczniu roku 1964, na koncercie Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. Recytował Tadeusz Łomnicki, dźwięk towarzyszący recytatorowi szedł z głośników, dwa reflektory, jak w spektaklu „son et lummiere”, wysyłały dwa rodzaje barw: martwy niebieski i krzycząca czerwień. Słuchacze nie wiedzieli jak reagować wobec okrucieństwa beznamiętnego, rzeczowego tekstu i towarzyszących mu brzmień, eksplodujących między zdaniami niepohamowaną niczym furią protestu.

Słynną stała się reakcja krytyki; szczególnie często bywają cytowane opinie Zygmunta Mycielskiego i Jarosława Iwaszkiewicza. Mycielski nie mógł wyjść z zadziwienia na tą „pomyłką” kompozytora. „Jeżeli chodzi o przypominanie tego, co się działo na świecie – pisał (…) – to lepiej czytać po prostu taki tekst bez żadnych efektów akustycznych i nie przed publicznością, która przychodzi na koncert…”. Iwaszkiewicz, poruszony do żywego, nie szczędził słów krańcowo ostrych. W nocie redakcyjnej swojego organu, „Twórczości”, atakował kompozytora za przekroczenie „niewidzialnej granicy”, jaka istnieje między prawem do uczuciowej reakcji a „barbarzyństwem”. Pisał: „Straszliwy tekst zapisek ocalałego jeńca, który należał do brygady palącej trupy, tysiące trupów – w wątpliwej deklamacji przy akompaniamencie wątpliwej muzyki – przekształcił się w słuchowisko przerażające w swoim barbarzyństwie i przekraczające wszelką wytrzymałość”.

Czy mogło stać się inaczej? Penderecki przyszedł w innego świata. Należał do tych, co sami widzieli. Widzieli holocaust i przeżyli go do głębi. Coś kazało mu dać świadectwo. Mógł tylko krzyczeć albo milczeć. Wybrał krzyk protestu, buntu przeciwko wiekowi, który przyniósł apokalipsę. Niebawem wypowie ów protest w sposób nie tak „barbarzyński”, bardziej „cywilizowany”, pisząc „Dies irae”, oratorium poświęcone pomordowanych w Auschwitz – za którego swoistą zapowiedź można uznać „Brygadę śmierci”.

Fragment książki Mieczysława Tomaszewskiego „Penderecki. Bunt i wyzwolenie. Cz. I – Rozpętanie żywiołów”, PWM 2008.

Opracowała: Lidia Grzybowska


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.