Mandolinistą być …


„Panna Mania cudnie gra na mandolinie” śpiewała przed laty Zula Pogorzelska. „Cudne brzmienie” tego niezwykłego instrumentu docenili przedstawiciele najróżniejszych gatunków muzycznych, od muzyki poważanej, celtyckiej, bluegrassu, po muzyków takich jak Ian Anderson z Jethro Tull i John Paul Jones z Led Zeppelin!

Mandolina, czyli instrument o prawdopodobnie włoskich korzeniach (etymologię jego nazwy czasem wywodzi się od włoskiego słowa mandorla, czyli migdał), zaczynała swoją karierę jako instrument ludowy.  Muzycy klasyczni niekiedy nie potrafili dostrzec pełnych wartości jej brzmienia. Jej niezwykłe możliwości zauważyli i wykorzystali w pełni dopiero amerykańscy przedstawiciele country i bluesa.

Za renesans popularności tego instrumentu w dużej mierze odpowiadał amerykański lutnik Orville Gibson (nazwisko znane nie tylko miłośnikom Woody’ego Guthriego i jego „this machine kills fascists”, Erika Claptona czy Jimmy’ego Page’a). Mandoliny i gitary Gibsona, które powstawały w pracowni Gibsona w Kalamazoo, otrzymały inne szlify i kształt, a co za tym idzie, inne nieco brzmienie. Dzięki temu muzycy zaczęli patrzeć na ten instrument z rosnącym zainteresowaniem.

Dźwięki mandoliny obecne są nie tylko w muzyce poważnej, country i bluesie, ale również w muzyce etnicznej (np. armeńskiej lub żydowskiej). Dużym uznaniem wśród słuchaczy cieszy się  reaktywowana grupa The Ger Mandolin Orchestra, czyli Orkiestra Mandolinowa Góry Kalwarii, których repertuar oparty jest o muzykę, którą grali przed wojną żydowscy mandoliniści.

Wśród wirtuozów gry na mandolinie wymienia się takie nazwiska jak Dave Apollon, który mistrzowsko wykorzystał ten instrument w utworach muzyki jazzowej, folkowej i cygańskiej, czy oczywiście słynny twórca stylu bluegrass Bill Monroe, który wspominał po latach, że jako najmłodszy członek rodziny otrzymał do grania taki instrument, którym jego starsze rodzeństwo wzgardziło, czyli właśnie mandolinę. W dodatku instrument pozbawiony czterech strun, ponieważ bracia uznali, że na nienaruszonej mandolinie przyszły artysta gra zbyt głośno. Po latach Gibsonowski model mandoliny o nazwie „Lloyd Loar” stanie się jego znakiem rozpoznawczym, a krytycy będą pisali, że Monroe „wydobył z tego instrumentu wewnętrzny ogień i pasję”.

Obecnie mandolina nie jest już postrzegana jako brzydsza siostra banjo czy ubogi kuzyn gitary. To myślenie rodem z ubiegłych stuleci zostało całkowicie zdezawuowane, zwłaszcza gdy okazało się, że możliwości wykorzystania mandoliny są nieograniczone ani gatunkiem muzyki, ani przyzwyczajeniami odbiorców.

Tekst: Lidia Grzybowska


Zamiast prozaku – śpiew ptaków…


Zagadnienia dźwięku w środowisku naturalnym rzadko bywają przedmiotem zainteresowań naukowców. Oczywiście w porównaniu z szeroko zakrojonymi badaniami, poświęconymi fizycznym aspektom dźwięku (takim jak amplituda) czy związane z nim problemy psychosocjologiczne. Estetyczne własności dźwięku są raczej lekceważone i choć wiele osób twierdzi, że śpiew ptaków i inne odgłosy natury wprawiają je w dobry nastrój, brak na to naukowych dowodów.

Szkoda, bo przecież odgłosy płynące ze środowiska, odbierane przez zmysły, wpływają na naszą świadomość i w konsekwencji – na nasze działanie. Na przykład dla Oliviera Messiaena stałym źródłem odnowy języka muzycznego i twórczej innowacji były systematyczne badania nad śpiewem ptaków z różnych obszarów geograficznych (zapisywał je podczas spacerów w swoim notatniku).

Dźwięki natury wpływają kojąco i relaksująco na nasz system nerwowy. Bo czy jest coś przyjemniejszego od śpiewu ptaków lub szelestu wiatru w sitowiu? Wiele badań naukowych wykazało, jak różne dźwięki mają wpływ na nasz system nerwowy. Te pochodzące z natury mają największe właściwości regeneracyjne i tonizujące. Nie bez powodu używa się ich np. przy masażach bądź innych zabiegach relaksacyjnych.

W grudniu 2011 roku serwis BBC News Science & Enviroinment poinformował, że  brytyjscy naukowcy rozpoczynają badania wpływu pieśni ptaków na samopoczucie ludzi. Specjaliści z Surrey University przy współpracy zajmujących się ochroną środowiska organizacji National Trust oraz Surrey Wildlife Trust, będą badać wpływ śpiewu ptaków na nasz nastrój, zachowanie oraz kreatywność.

W ramach projektów prowadzone będą badania laboratoryjne, próby polowe i ankiety. Ankietowani ochotnicy sami określą, jakie odgłosy natury lubią i jak oceniają wpływ słuchania ptaków. Następnie, podczas prób w laboratorium, będą wykonywać różne zadania – na przykład rozwiązywać problemy – słuchając różnych ptasich głosów. Można będzie chociażby sprawdzić wpływ śpiewu gatunków, które kojarzą się z udanymi wakacjami.

W ubiegłym roku organizacja National Trust zachęcała ludzi, w ramach walki z zimową depresją, do słuchania ptasiej muzyki przez pięć minut dziennie. Nowe badania mają sprawdzić, czy takie dźwięki działają tylko na entuzjastów natury, czy na wszystkich ludzi. Prace mają potrwać trzy lata.

Czy trzy lata na badania to długo? Dla mnie mogą trwać i całą wieczność. Ja już nie pytam o to, jaki jest pożytek z ptasiego śpiewu, ponieważ jest on przyjemnością ptaków, odkąd zostały stworzone do śpiewania, jak mawiał Johannes Kepler. Podobnie nie pytam, dlaczego umysł człowieka zadręcza się zgłębianiem sekretów niebios. Różnorodność zjawisk natury jest tak wielka, a skarby ukryte w niebiosach tak ogromne właśnie po to, aby ludzkiemu umysłowi nigdy nie brakło świeżej strawy. Jedno dla mnie o tej porze roku jest pewne – każda odrobina słońca cieszy, tak jak cieszy, nieśmiały jeszcze, ptasi śpiew.

Tekst: Katarzyna Rudko

 


Miłośnicy twórczości Johna Cage’a – łączcie się! C.d.


Organizator muzyki  – kto to?

Na fali nowego tworzenia John Cage zanegował dotychczasową definicję utworu muzycznego jako wyrazu indywidualnej ekspresji twórcy, jak również definicję samego twórcy, którego celem jest porozumienie z odbiorcą. Wywołał tym sporą rewolucję w środowisku muzycznym. Swoje tezy oparł na założeniu, iż w życiu najważniejsze jest doświadczanie rzeczywistości. Zatem w procesie komponowania muzyki należy wyeliminować wpływ świadomości u twórcy, w jego miejsce wprowadzając czynnik losowy¹.

Jak zatem komponował swoje utwory?

Wykorzystywał do tego na przykład znaną już Księgę przemian, a konkretnie tabelę 64 heksagramów (służących jako swoista – wróżbiarska – pomoc przy podejmowaniu decyzji). Na jej podobieństwo ułożył tabelę dźwięków i ich kombinacji, a potem, zdając się na losowy wybór żetonem,  odczytywał z niej wskazówkę co do wyboru dźwięków i przebiegu utworu. Oryginalnym pomysłem było też korzystanie z mapy nieba, by wyznaczyć miejsce nut na pięciolinii, jak w przypadku  Atlas Eclipticalis, czy zanieczyszczenia papieru, na którym zapisuje się nuty (cykl Music for Piano).

W ten sposób zamiast „kompozytora” pojawił się „organizator” muzyki. Jego rolą nie miało być przejawianie twórczych inwencji ani też nastawienie na poszukiwanie odbioru u słuchacza. Nowe zadanie polegało na iście rzemieślniczym wypełnieniu pracy wedle przyjętych założeń.

John Cage stosował też technikę kolażu, łącząc losowo dobrane fragmenty utworów różnych kompozytorów (słynne euro opery), jak i różnych gatunków muzycznych, np. w utworze, który zatytułował Musicirus wykorzystał muzykę poważną, jazz, rock, a nawet musical, a to wszystko wzbogacił jeszcze pantomimą i filmem.

Na tym ostatnim chociażby przykładzie widać, jak w przypadku Johna Cage’a tradycyjny podział na dziedziny twórczości kompletnie zawodzi!

Filozofia zen, wywodząca się z buddyzmu, którą John Cage się zachwycił, dała mu oparcie w trudnym dla niego – z powodów osobistych i finansowych – okresie lat 40 XX w. Pozostał pod jej wpływem do końca swojego życia. Medytacja spowodowała, że dostrzegł nowe cele dla muzyki. Miała ona uspokajać i wyciszać umysł, wprowadzać słuchaczy w stan wewnętrznej równowagi, uwalniać od emocji. Zaryzykować można stwierdzenie, że Cage wyznaczył jej rolę terapeutyczną (muzykoterapia?).

Pod koniec życia w autobiograficznym eseju nasz bohater stwierdził prowokacyjnie: „Najbardziej lubię tę muzykę, której jeszcze nie słyszałem” ². Sympatyków twórczości muzycznej Johna Cage’a odsyłamy do wydanej niedawno przez PWM Historii muzyki cz. 3 i 4, Danuty Gwizdalanki. Można tam znaleźć ciekawe informacje na temat wielu innych utworów muzycznych Johna Cage’a.  Na przykład dowiemy się, że to właśnie nasz bohater był autorem pierwszego happeningu, a był rok 1952…

Sięgając do Encyklopedii Muzycznej PWM³ znajdziemy informacje dotyczące pozostałych pól jego działalności w sztuce i w nauce.  Cage był na przykład wybitnym ekspertem w dziedzinie mikologii (nauki o grzybach). Był jednym z założycieli Nowojorskiego Towarzystwa Mikologicznego, do dziś dnia prężnie działającego.

A na koniec ciekawostka jeśli chodzi o literaturę. John Cage uznawany jest za najpilniejszego twórcę mezostychów⁴ zwł. o tematyce towarzyskiej. Jednym z pierwszych jest utwór na szybę nowego auta dla Jamesa Klosty’ego, który jeszcze nie zdecydował się gdzie ma jechać:

  asK
    Little
    autO
Where it wantS
    To Take
                      You
 Opracowała:  Renata Olchawa
¹ Patrz: aleatoryzm ( z łac. alea – kostka do gry) – kierunek w muzyce współczesnej, polegający na wprowadzeniu elementu przypadku zarówno w pracy kompozytorskiej jak i wykonawczej.
² Gwizdalanka D., Historia muzyki, cz. 4 s. 108, Kraków 2011, PWM SA., s. 113
³Encyklopedia Muzyczna, lit c-d + suplement
⁴mezostych – to łańcuszek liter biegnący w dół, mniej więcej przez środek utworu poetyckiego, wzbogacający dodatkowo przekazywaną w nim treść

Miłośnicy twórczości Johna Cage’a – łączcie się!


W bieżącym roku przypadają dwie okrągłe rocznice związane z Johnem Cage’em: 20. rocznica śmierci (w sierpniu) i 100. rocznica urodzin (we wrześniu). O ile łatwo zamknąć życiorys J. C. „w okrągłych cyfrach”, o tyle trudno zrobić to, opisując go jako człowieka i artystę.

Jedno jest pewne – w pełni zasłużył na miano rewolucjonisty w sztuce i znalazł wierne grono odbiorców. W roku bieżącym fanów jego twórczości połączy niewątpliwie międzynarodowy projekt pt. „Rok Johna Cage’a – Lublin 2012”¹.

John Cage zajmował się wieloma dziedzinami sztuki: plastyką, literaturą, poezją, teatrem, ale przede wszystkim muzyką, łącząc ich elementy i przekształcając – w sobie właściwy sposób. Niektórzy określali jego artystyczne działania jako zaprogramowany chaos, tworzenie oparte na grze z tradycją, formę zabawy czy ostrzej – parodię. Przez większość swojego życia pozostawał pod wpływem buddyzmu i księgi I Cing (Księga przemian). Filozofia Wschodu pomagała Cage’owi w życiu prywatnym i miała przemożny wpływ na niego jako artystę.

Spróbujmy przyjrzeć się najpierw muzycznej części jego twórczości, pamiętając jednak, że często polega ona na swoistej syntezie różnych dziedzin sztuki.

W tekście tym spróbujemy odpowiedzieć na trzy pytania:

1. Co tworzy muzykę według Johna Cage’a?

2. Co to znaczy „grać ciszą”?

3. „Organizator dźwięku” – kto to?

Co tworzy muzykę według Johna Cage’a?  Gdzie się ona zaczyna i dokąd sięgają jej granice? Swoje muzyczne credo John Cage wygłosił w 1937 roku:

„Wierzę, że zastosowanie szumu do tworzenia muzyki będzie stale wzrastało, aż zyskamy umiejętność wytwarzania muzyki za pomocą instrumentów elektrycznych”. ²

A zatem muzykę mogą tworzyć wszelkie dźwięki, również takie jak:

- naturalne odgłosy natury (szumy, piski, bzyknięcia),

- dźwięki tworzone przez różne przedmioty pełniące rolę „instrumentów” jak np. książki, meble itp.,

- nieznane dźwięki instrumentów znanych, ale preparowanych.

To zdecydowanie zburzyło dotychczasowy sposób pojmowania muzyki.

Warto wspomnieć, że John Cage uchodzi za wynalazcę fortepianu preparowanego, z którego można wydobywać dźwięki nowe, oryginalne – zbliżone do perkusyjnych, wkładając pomiędzy struny np. stalowe nakrętki. Nowatorskiemu instrumentowi nie dawano szans na dłuższą niż jeden sezon egzystencję. Okazało się inaczej. Do dnia dzisiejszego, po pewnych modyfikacjach, preparowanie fortepianu cieszy się popularnością.

John Cage był artystą o silnej osobowości. Jego oddziaływanie w dziedzinie muzyki można zauważyć w szerokich kręgach muzyków nie tylko w Stanach Zjednoczonych, gdzie tworzył. Utworami:  4’33”, czy Imaginary Landscape No. 4 sprowokował dyskusję o granicach muzyki.

Co to znaczy „grać ciszą”?

Kto nie słyszał … przepraszam, powinnam raczej zapytać: kto nie zna jego utworu

 4’ 33” . Toż to bite  4 minuty i 33 sekundy ciszy „granej” przez wykonawców (orkiestrę, ale może to też być 1 instrument – jakikolwiek)!

Premiera utworu miała miejsce w sali koncertowej Maverick w Woodstock w 1952 roku. Do tego wydarzenia powrócił niedawno Kyle Gann w swojej książce  No Such Thing as Slilence: John Cage’s ‘4’33”  i nazwał utwór „kawałkiem ciszy” (silent piece) ³, chociaż do całkowitej ciszy było dość daleko … bowiem w miarę trwania utworu coraz częściej można było usłyszeć różne odgłosy dobiegające od zaskoczonej publiczności.

Na brak dźwięków nie można się uskarżać słuchając utworu Imaginary Landscape No. 4. Dobiegają one z 12 radioodbiorników, które obsługują 24 osoby – regulując nieustannie na chybił – trafił długość fal i głośność. Wprowadzając do kompozycji tego utworu przypadek, Cage opierał się, podobnie jak w innych swoich dokonaniach, na księdze I Cing.

Arnold Schönberg –  mistrz Johna Cage’a w pierwszym okresie jego twórczości powiedział, o swoim studencie, iż nie jest on kompozytorem, jest za to …  organizatorem dźwięku. Organizator dźwięku – kto to?  O tym w następnym wpisie.

Opracowała: Renata Olchawa

¹  Projekt będzie realizowany do końca 2012r. (obejmuje 12 bloków tematycznych, pokazujących chronologicznie twórczość Cage’a). Będą to konferencje naukowe, wystawy plastyczne, przedstawienia teatralne, happeningi i koncerty. W Lublinie pojawią się artyści, którzy bezpośrednio współpracowali z Johnem Cage’em.

 ² Gwizdalanka D., Historia muzyki, cz. 4 s. 108, Kraków 2011, PWM SA.

³ Informacja zaczerpnięta z artykułu: Alex Ross, Searching for Slilence. John Cage’s art of noise, [w:] The New Yorker, October 4, 2010.


Przepis na inteligencję?


Może i nie jest  dobrze powoływać się czarne charaktery (które powinny zniknąć w odmętach historii), jednak powiedzenie jednego z nich jak ulał pasuje do dzisiejszego tematu. Doświadczenie bowiem uczy, że niejednokrotnie ,,kłamstwo powtarzane 1000 razy staje się prawdą”.

Słowo ,,kłamstwo” jest może w tym wypadku zbyt mocne, bo chodzi po prostu o zbyt szybko wyciągane wnioski, poparte jednak autorytetem znanego uniwersytetu, opublikowane w dodatku w szanowanym piśmie, które błahą w gruncie rzeczy sprawę rozdmuchały do naprawdę  gigantycznych rozmiarów.

Na początku lat dziewięćdziesiątych naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego  przeprowadzili doświadczenie, w trakcie którego badanym studentom polecili wykonać kilka zadań wymagających myślenia przestrzennego. Zanim jednak zabrali się do nich, musieli oni spędzić 10 minut w ciszy lub wysłuchać fragmentów Sonaty KV448 Mozarta i muzyki relaksacyjnej. Najlepiej z zadaniami poradzili sobie badani, którzy słuchali najpierw Mozarta, a testy pokazały, że ich inteligencja podniosła się o 8-9 punktów…  Informacja, że dzięki muzyce austriackiego kompozytora podnosi się inteligencja (mniejsza o to, że tylko wizualno-przestrzenna i że na dosyć krótko) szybko rozniosła się po świecie, zyskując wdzięczną nazwę ,,efektu Mozarta”.

W środowisku naukowym teoria  zyskała zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników. Kolejni naukowcy zaczęli przeprowadzać testy, mające udowodnić jej słuszność lub też niesłuszność, a tymczasem efektem zajęli się ci, którzy nie zawsze z nauką mieli wiele wspólnego. Temat, trzeba przyznać chwytliwy (w końcu któż by nie chciał stosunkowo niewielkim kosztem podnieść sobie iloraz  inteligencji), szybko został zaanektowany przez różnych psychologów i pseudopsychologów, nieźle zarabiających na wydawanych przez siebie książkach, np. uczących rodziców, jak sprawić, żeby ich dzieci wyrosły na geniuszy. Samo zaś określenie ,,Mozart Effect” stało się znakiem towarowym zastrzeżonym przez Dona Campbella, autora wielu publikacji na ten temat.

Pojawiały się badania, udowadniające, że muzyka kompozytora nie tylko podnosi inteligencję, ale i łagodzi obyczaje – uczniowie z problemami wychowawczymi, którym przez kilka miesięcy puszczano jego utwory, mieli lepiej się zachowywać, wandale na stacjach, gdzie grano ją nocami, mieli mniej niszczyć pociągi, a dilerzy narkotykowi mieli wycofywać się z miejsc, gdzie można ją było usłyszeć.

Wkrótce okazało się, że cudowna moc muzyki Mozarta działa także na zwierzęta – psy miały mniej szczekać, krowy miały dawać więcej mleka, kury nieść więcej jajek. Niestety – przynajmniej jeśli chodzi o te ostatnie – nie udało się dowieść prawdziwości teorii. W 2003 r. na fermie niedaleko niemieckiego Mannheim, przez dwa tygodnie 3000 kur słuchało utworów Mozarta. Z pomiarów wykonanych przed i po eksperymencie wynikało niezbicie, że wielkość ani liczba zniesionych jaj nie zmieniły się… Właścicielom fermy udało się jednak mozartowskie jaja sprzedać osobom obecnym na festiwalu, który w tym czasie odbywał się w Mannheim, a ci, którzy mieli okazję ich kosztować twierdzili, że smakowały o wiele lepiej, niż zwykłe…

Zespół naukowców powołany kilka lat temu przez niemiecki rząd zebrał wszystkie badania i publikacje poświęcone ,,efektowi Mozarta”. Z ich raportu wynikało, że niestety, (poważne) badania nie potwierdziły trwałego wzrostu inteligencji dzięki słuchaniu muzyki kompozytora. Inaczej jest z jej (i nie tylko jej) wykonywaniem – uczniowie, którzy grają na jakimś instrumencie muzycznym, mają trochę  lepiej rozwiniętą wyobraźnię przestrzenną, potrafią lepiej myśleć abstrakcyjnie i nieraz lepiej sobie radzą z matematyką. Trudno jednak dowieść, że dzięki zmuszaniu dzieci od najmłodszych lat do nauki gry na instrumencie zrobimy z nich geniuszy.

Mozart wprawdzie nie sprawi, że nagle będziemy mądrzejsi, lepiej będziemy radzili sobie z rozwiązywaniem zadań matematycznych lub szybciej będziemy zapamiętywali nowe informacje, ale nie po to chyba słucha się jego muzyki. Nie wiem jak Wy, ale ja sobie zaraz coś włączę, może tym razem Symfonię ,,Jowiszową”…

 Opracowała: Aneta Kalamat


Nuty zamiast masła? Dobre i to.


Badania rynku w Polsce i za granicą pokazują, że coraz chętniej kupujemy za pośrednictwem Internetu. Zamawiamy wszystko – od samochodów i komputerów po jedzenie i kosmetyki.

Jedyną przeszkodą podczas zakupów on-line jest nieco dłuższy czas oczekiwania na przesyłkę z towarem. Gdy chcę kupić masło i pójdę po niego do najbliższego sklepu, jest szansa, że w ciągu pół godziny moja kanapka, do której potrzebowałam masła,  w końcu powstanie. Jeśli zamówię je ze sklepu, w najlepszym przypadku moje masło będę miała tego samego dnia za kilka godzin lub dnia następnego.

Na razie nie ma technologii (co nie znaczy, że nie jest marzeniem wielu i że nie trwają nad nią prace), która pozwoliłaby nam za pomocą sprzętu na kształt drukarki wyprodukować  kostkę naszego ulubionego masła. Technologia pomaga nam jednak w natychmiastowym spełnianiu naszych potrzeb, które możemy sobie wydrukować na papierze. Mam tu na myśli produkty przemysłu wydawniczy, a więc książki, artykuły czy nuty.

Również i Polskie Wydawnictwo Muzyczne idzie z duchem czasu i proponuje swoim Klientom dostęp do stale poszerzanego katalogu książek i nut w wersji on-line. Do pobrania i wydrukowania takich pozycji nie trzeba zaawansowanej technologii – jedyne, co powinien posiadać Klient, by szybko otrzymać w postaci papierowej swój zamówiony towar, to komputer z dostępem do Internetu, drukarkę oraz zainstalowany na swoim komputerze darmowy i bezpieczny program do odtworzenia a następnie wydrukowania nut – Sibelius.

Klient, który zaloguje się na naszej stronie i zakupi wybrane przez siebie nuty (a katalog tychże nut, jak również książek stale jest poszerzany), kończy z sukcesem transakcję w ciągu kilku chwil. Tym samym utwory zarówno światowej sławy kompozytorów (Mozart, Debussy, Czajkowski, Chopin itd.), jak i najnowsze kompozycje polskich kompozytorów (Kilar, Krauze, Sarnecka, Nowak itd.) mogą być dostarczone 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu do Klienta.

W ofercie Polskiego Wydawnictwa Muzycznego znajdują się też książki (monografie, literatura naukowa, publicystyka)  i mp3 (których skromny katalog będzie sukcesywnie poszerzany).

Szczegółowy katalog oraz zasady kupowania eNut i eKsiążek znajdują się pod tymi linkami:

http://www.pwm.com.pl/Downloads__index__bookshopOnline.html

http://www.pwm.com.pl/imp/instrukcjaDownloads.pdf

Lidia Grzybowska


Zagadka 12. rozwiązana!


Bohaterem dzisiejszej zagadki był Carl Maria von Weber.

A zwycięzcą dzisiejszego konkursu jest Pan Michał Gajzler. Gratulujemy!

 

 


Sprawdź czy znasz… Zagadka dwunasta


Dwunaste pytanie konkursowe. Do wygrania jest ostatni – dwunasty tom naszej Encyklopedii Muzycznej.

Nasz dzisiejszy bohater pochodził z rodziny bardzo związanej z muzyką –  jego ojciec był dyrygentem i dyrektorem trupy muzycznej, matka śpiewaczką. Skoligacony był także z samym Mozartem, którego żona była jego stryjeczną siostrą.

Edukację muzyczną zaczął pobierać u swego ojca i przyrodniego brata, później u J.P. Heuschkela. W wieku 12 lat miał szczęście zostać – z powodu przeprowadzki na krótko wprawdzie – uczniem samego Haydna.

Chorowitemu od dziecka, nie dane było długie życie – zmarł bowiem w wieku zaledwie 40 lat na gruźlicę gardła; przeżył je jednak dosyć intensywnie. W wieku 13 lat napisał pierwszą operę, niezachowaną jednak, podobnie jak większość jego ówczesnych utworów. Mając 18 lat został dyrygentem orkiestry teatru we Wrocławiu, którą to funkcję sprawował przez 2 lata. W tym czasie był także intendentem muzycznym ks. E.F.H. Wirtemberskiego, a do jego obowiązków należało m.in. wieczorne grywanie z żoną księcia. Po wyjeździe z Wrocławia został osobistym sekretarzem brata swego poprzedniego mocodawcy, ks. Ludwiga, którego jednak opuścił po 2,5-letniej współpracy (z powodu konfliktu – a jakże – na tle finansowym). Kolejne przystanki w jego karierze to Berlin, Praga i Drezno. Z powodu postępującej choroby musiał niestety porzucić karierę dyrygencką, aby jednak mieć z czego się utrzymać intensywnie zajął się komponowaniem. Zmarł niecałe 2 miesiące po premierze swego ostatniego dzieła.

O kim dziś mowa?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres: import@pwm.com.pl
POWODZENIA!
Prosimy o zapoznanie się z regulaminem konkursu, który znajduje się na naszej stronie internetowej:
http://www.pwm.com.pl/zdjecia/8/3/8/2349_regulaminlistopopr.pdf?sess_id=16400538120L

Zadymki w (jazzowej) stolicy Polski


W lutym Bielsko-Biała zamieni się w jazzową stolicę polski. To miasto średniej wielkości, ale stać je na 2 wielkie festiwale jazzowe – pisze w „Historii jazzu w Polsce” Krystian Brodacki. A ponieważ już 16 lutego zaczyna się czternasta edycja jednego  z nich, tzw. Bielska Zadymka Jazzowa, warto przypomnieć, jakie były początki tego festiwalu.

„W 1999 r. aktor i reżyser Jerzy Batycki wraz z bielsko-bialskim Stowarzyszeniem Sztuka Teatr zorganizował festiwal Bielska Zadymka Jazzowa; była to naturalna konsekwencja jego uprzedniej działalności popularyzatorskiej w Piwnicy Zamkowej, klubie artystycznym prowadzonym przez to Stowarzyszenie. Bielska Zadymka Jazzowa szybko stała się jedna z ważniejszych imprez tego rodzaju w Polsce. Niepowtarzalna atmosfera festiwalu, gwiazdy światowego jazzu przyjeżdżające do Bielska-Białej na jedyne koncerty w kraju a często w Europie, to magnes przyciągający fanów tej muzyki z całej Polski i z zagranicy. (…) Do historii festiwalu przeszły już jamy z udziałem Urszuli Dudziak, Michała Urbaniaka, Davida Murraya, Roya Hargrove’a, Terence’a Blancharda czy Joe Lovano. Takich nazwisk nie powstydziłby się żaden klub jazzowy na świecie.

Istotnie, Batycki i jego team mają się czym pochwalić: wśród artystów, jakich sprowadzili do Bielska, byli z USA m.in. Hank Jones, Al Foster, Charlie Haden, Yellowjackets, Kevin Mahogany, a z Europy: Henri Texier, Arild Andersen, Richard Galliano, Nils Petter Molvaer, Roberta Gambarini, Saskia Laroo. Festiwal posadowiony jest na solidnym fundamencie finansowym: głównym sponsorem jest firma Lotos SA – stąd zmiana nazwy na LOTOS Jazz Festiwal – Bielska Zadymka Jazzowa.”

W tym roku, podczas 14. edycji festiwalu, na miłośników jazzu czeka moc atrakcji. Oprócz polskich tuzów jazzu, jak choćby Jan Ptaszyn Wróblewski Sekstet czy Andrzej Zubek Quartet, wystąpią gwiazdy światowego formatu – ZumbaLand, NoJazz, Ambrosse Akinmusire Quartet, Buika czy zupełna sensacja, żywa legenda jazzu – Archie Sheep & Joachim Kuhn.

Opracowała: Lidia Grzybowska, na podstawie: Krystian Brodacki, Historia jazzu w Polsce, Kraków 2010. 


Zagadka 11. rozwiązana!


Zwyciężczynią jest pani Aleksandra Konieczna, gratulujemy! a bohaterem naszej dzisiejszej zagadki był oczywiście Giuseppe Verdi

Dziękujemy za wszystkie maile i zapraszamy ponownie za tydzień.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.