Archiwum kategorii: fragmenty książek

To tylko wiatr cichy po liściach szeleszcze

Niekiedy rodzice, myśląc o przyszłości swoich pociech, zastanawiają się, czy w ich dziecku drzemie talent muzyczny. Warto wtedy zwrócić uwagę, w jaki sposób reaguje ono na muzykę i sztukę, i czy odznacza się ponadprzeciętną wrażliwością jak Krzysztof Meyer, który tak oto wspomina swoje pierwsze kontakty graną na żywo muzyką:

„Miałem najwyżej cztery lata i po raz pierwszy usłyszałem muzykę nie z radia, lecz wykonywaną na żywo. Muzycy grali „Kwintet Pstrąg” Schuberta, a ja siedziałem u Buni na kolanach, z podziwem patrząc na jej ręce zwinnie i szybko poruszające się po klawiaturze. Pierwszą część utworu chłonąłem z najwyższą uwaga i zachwytem.  Podczas drugiej mój zachwyt ustąpił trudnemu do opisania niepokojowi, a gdy pojawił się środkowy fragment z owymi zadziwiającymi modulacjami i punktowanym rytmem, muzyka wprowadziła mnie w stan przerażenia. Nie byłem w stanie dalej słuchać i – w przypływie lęku – zamknąłem wieko fortepianu, spuszczając je na ręce Buni. Muzycy przestali grać, a ja, tonąc we łzach, ze wstydem uciekłem do kąta.

Na drugi dzień zachorowałem, co oczywiście nie miało nic wspólnego z owym incydentem. Leżąc w łóżku z wysoką gorączką, słyszałem nieustannie drugą część „Kwintetu”, niezmiennie napawającą mnie panicznym strachem. Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej słuchałem przez radio „Króla Olch” Schuberta, po czym ojciec przeczytał mi balladę Goethego w polskim tłumaczeniu. Wiersz pobudził moją wyobraźnię w stopniu nie mniejszym niż „Kwintet” i w gorączce fantazje wzrokowe połączyły się ze słuchowymi. Całymi godzinami chowałem głowę pod poduszkę, mając nadzieję, że tym sposobem muzyka Schuberta w mojej głowie choć trochę ucichnie. Bodaj wtedy właśnie zauważyłem, że usłyszane utwory pozostają we mnie i że słyszę je całymi godzinami. Z upływem lat to zjawisko się nasilało, aż doszło do tego, że muzykę słyszałem bez przerwy, nawet gdy budziłem się w nocy. Tak tez bywa do dzisiaj i ten stan bywa wprawdzie ekscytujący, ale niekiedy również bardzo wyczerpuje.”

Cyt. za: Krzysztof Meyer, Mistrzowie i przyjaciele, PWM, Kraków 2011

Przygotowała: Lidia Grzybowska


Futurysta, Żyd i Szatan o gołębim sercu

Znamy Karola Szymanowskiego jako niezwykle twórczego i wrażliwego artystę. Lektura jego listów odsłania jeszcze inny, chyba mniej znany, rys jego charakteru.

Otóż, Karol Szymanowski, mimo że sam niejednokrotnie borykał się z trudnościami finansowymi, a przy pożyczaniu pieniędzy od razu zapowiadał, że nie wie, kiedy je zwróci, często myślał o potrzebach i problemach innych. Tym razem chodziło o nie byle kogo, tylko o samego Romana Statkowskiego:

Karol Szymanowski do Felicjana Szopskiego w Warszawie
Lwów, ul. Potockiego 94, 10 I 1924 z listami JW. P. H. Toeplitza

Drogi Panie Felicjanie.
Z góry proszę bardzo drogiego Pana, by list ten i cała sprawa pozostała ściśle pomiędzy nami. Chodzi mianowicie o Pana Romana Statkowskiego. Na parę dni przed wyjazdem odwiedziłem go po jego chorobie. Miał się już lepiej i lekarze jakoby twierdzą, że w odpowiednich warunkach, dłuższym wypoczynku od pracy nauczycielskiej, spokoju etc. etc., może powrócić do zdrowia. Są to właśnie moralne leki, na które on sobie niestety nie może pozwolić. W ogóle uczynił on na mnie bardzo smutne wrażenie. (…)

Ciągle myślę z największym smutkiem o jego samotnej i gorzkiej starości i o tym, jak na to zaradzić, by było trochę inaczej. Pisałem już do Emila Młynarskiego w tej samej sprawie i także pod sekretem, bo Pan Roman jest tak drażliwy i ambitny, że nie darowałby mi, że się bez jego wiedzy jego losami zajmuję. Jednak chodzi o to, że trzeba coś na to zaradzić, bo on przede wszystkim jest w okropnych materialnych warunkach. Zdaje się, że mi któryś z jego oddanych mu uczniów mówił, że on się jeszcze nie dosłużył prawa emerytury. Nie wiem, czy to prawda, ale samo ujęcie kwestii jest już horrendalne, bo bądź co bądź jest on jednym z wybitniejszych polskich artystów i jako taki ma, a raczej powinien mieć, prawo, by przynajmniej w ciężkich chwilach życia Państwo zajęło się nim. Jest to zresztą kwestia zupełnie zasadnicza – a więc u nas niestety nieaktualna.

Jednak zdecydowałem się napisać do drogiego Pana jako też jednego z Przyjaciół Pana Romana, czy na oficjalnej drodze nie udałoby się jednak uzyskać jakiegoś sposobu, by móc mu zapewnić choć kilkumiesięczny absolutny wypoczynek bez trosk o pieniądze, które w jego stanie są wprost zabójcze – bo parę razy mi wspominał jeszcze przed swoją chorobą, że jego profesorska pensja nie wystarcza mu na życie, a cóż dopiero wobec poważnej choroby! Wyżej już wspomniałem, że napisałem również do Emila, nasuwając mu przede wszystkim myśl, że częstsze wystawianie „Marii” choć w pewnym stopniu rozwikłałoby te ponure finansowe sprawy, poza tym proponując mu, żeby się z Panem porozumiał.

Wydaje mi się wprost nieprawdopodobne, by w takim wypadku nie można było nic zaradzić, nawet przy najdalej idących grabskich oszczędnościach! Okropnie się tym wszystkim martwię, ponieważ jestem do Pana Romana przywiązany, a poza tym powiem szczerze, iż mimo że wszyscy Rytlowie w Polsce mają mię za Futurystę, Żyda i Szatana – uważam Pana Romana naprawdę za lepszego kompozytora nawet od paru nierównie modernistyczniej nastrojonych Ludomirów. Gdyby jakaś mała nadziejka zaświtała, byłbym Panu niezmiernie wdzięczny za 2-3 słówka (o więcej nie proszę, bo wiem, że Pan bardzo zajęty). (…)

Oto na razie cała moja sprawa. Ja znów drapnąłem do Lwowa, gdzie mi jest względnie spokojnie i dobrze i mogę pracować, a także spokojnie się leczyć, bo w ostatnich czasach moja neurastenia doszła do tak niebywałych szczytów, że trzeba było jakieś stanowcze środki przedsięwziąć. Na razie skazano mnie na podwójną abstynencję i oto od kilku dni kropelki w ustach nie miałem, co jest dość uciążliwe!
Do widzenia, drogi Panie Felicjanie. Zasyłam serdeczne pozdrowienia i ucałowania rączek Pani. Proszę coś wymyśleć!
Karol Szymanowski

Link: http://www.pwm.com.pl/szczegoly.php?przedm=126699&grupa_p=2

Cyt. za: Karol Szymanowski, Korespondencja. Pełna edycja zachowanych listów od i do kompozytora. Tom 2. 1920-1916, Kraków 2007


Maszyna do mielenia szkła i żywa koza

Jak wiadomo, jednym z wielu wrogów realizmu socjalistycznego był … jazz. Jednak wraz ze śmiercią Stalina w marcu 1953 r. coś zaczęło się zmieniać. O nieśmiałych krokach „odwilży” pisze Stanisław Danielewicz w swoim obszernym studium o trójmiejskim jazzie:

„Wybrzeże i w dziedzinie publikacji ‘odczarowujących’ jazz było prekursorem nowości. Sławomir Sierecki na łamach lokalnego pisma opublikował artykuł Kilka słów o jazzie, w którym, usiłując się dostosować do ówczesnego stylu wynikającego z przeciwstawienia kapitalizmowi bojowego socjalizmu (sztuce kapitalistycznej sztuki, powiedzmy, walczącej z kapitalizmem), udowadniał, że jazz to w istocie muzyka klasowa, ale na usługach uciskanych. Dla udowodnienia, że czarne jest czarne, a białe jest białe, często wówczas sięgano do tej metody, choć było to przecież typowe chwytanie prawa ręką za lewe ucho…

Oto próbka publikacji Siereckiego:

‘Murzyńskie pieśni nie cieszyły się zbytnią popularnością wśród amerykańskiej burżuazji, która często nic o nich nie wiedziała. Piękno ludowej muzyki murzyńskiej odkryli dopiero i spopularyzowali dopiero tacy kompozytorzy jak: Gilpin, Hayes, Berlin, a przede wszystkim Gershwin. Nastąpiło to w latach dwudziestych. Muzyka murzyńska stała się modna. Burżuazja amerykańska zaczęła tłumnie uczęszczać do lokali, gdzie występowały orkiestry jazzowe. Muzyka jazzowa zawędrowała następnie do Europy, a zwłaszcza stała się modna w Paryżu. W okresie tym utrwaliła się sława Paula Robesona, Marian Anderson, Józefiny Baker, Robinsona i innych.

Trwało to jednak krótko. Wkrótce do lokali z najlepszymi orkiestrami jazzowymi w Nowym Jorku zabroniono wstępu Murzynom ( np. Cotton Club w murzyńskiej dzielnicy Harlem), a miejsce muzyki ludowej zajęły niewiele z nią mające wspólnego szlagiery komponowane pod rytm jazzu. Rytm wyparł wreszcie melodyjność, coraz częściej zaczęły powstawać dziwolągi muzyczne, które do dzisiaj panują w swojej zdegenerowanej, okaleczonej formie na estradach krajów zachodnich. Są to różne swingi i be-bop, niewiele mające wspólnego z muzyką. Specjalną sławę za oceanem zdobył sobie nowator muzyczny Spike Jones, który wprowadził do orkiestry przyrząd do… mielenia szkła i żywa kozę. Ale obok tych histerycznych improwizacji istnieje dalej ludowa muzyka murzyńska – pełna sentymentu i tęsknoty, ale nie pozbawiona mocnych nut optymizmu i woli walki, jak np. słynne pieśni Robesona – Ballada o Johnie Hillu lub  Ol’ Man River. Muzyka jazzowa nie ma obecnie w USA możliwości rozwoju. Współcześni kompozytorzy jazzowi, np. Murzyni Louis Armstrong i Duke Ellington mają swoją działalność twórczą całkowicie skrępowaną swoimi kontraktami przedsiębiorców, angażujących ich talent jako towar.  Ciężka jest droga wiernych kulturze ludowej muzyków. Kompozytor Oliver zmarł w nędzy, Bessie Smith została przez amerykańskich rasistów pozbawiona możliwości występowania i zmarła z głodu, Louisa Wrighta zlinczował tłum amerykańskich faszystów w czasie jego występu, a członkom orkiestry Handy’ego, którzy zachorowali w czasie epidemii ospy – odmówiono wszelkiej pomocy lekarskiej, ponieważ byli Murzynami. O tym warto pamiętać, gdy pada nazwa JAZZ’”

Fragment książki Stanisława Danielewicza „Jazzowisko Trójmiasta. Historia jazzu w Gdańsku, Gdyni i Sopocie 1945-2010”, PWM 2011

Opracowała: Lidia Grzybowska


Miłosna legenda Henryka Wieniawskiego

Jak uczy historia, korzenie najpiękniejszych dzieł sztuki najczęściej wyrastają prosto z serca artysty. Wielu obrazów czy utworów muzycznych (nie wspominając już o wierszach, które są wręcz idealnymi wyrazicielami uczuć), nie byłoby, gdyby nie czyjeś złamane serce. Nie byłoby też może i Legendy Henryka Wieniawskiego, ale o tym Waleriana Pawłowskiego słów kilka niżej.

Spotkawszy w Londynie swego o sześć lat starszego przyjaciela, znakomitego pianistę, a zarazem kompozytora i pedagoga, Antoniego Rubinsteina, pan Henryk zostaje przez niego namówiony do złożenia wizyty w jednym w najpierwszych londyńskich salonów. Wieniawski nie przepada za tego rodzaju spędzaniem czasu. Uważa, że Anglicy mają do artystów stosunek protekcjonalno-lekceważący, a tego pan Henryk nie znosi. Istnieje jednak powód, skłaniający go do złożenia wizyty państwu Hampton. Otóż pani domu jest siostrą znanego pianisty i kompozytora George’a Osborne’a, a przy tym damą o wysokiej kulturze osobistej. Nie przypuszczał zapewne nasz wirtuoz, że już wkrótce pani Hampton stanie się jego… teściową! Hamptonowie mieli córkę, nadobną Izabelę(…). I oto Henryk zakochuje się bez pamięci w angielskiej Izie i jest to ze strony Wieniawskiego miłość od pierwszego wejrzenia. Klasyczne coup de foudre – uderzenie pioruna!

Szanse na mariaż były znikome… Po prostu ojciec panny, sir Thomnas Hampton, złożył veto. Stanowcze i zdecydowane. Nie odda swojej wiotkiej latorośli skrzypkowi! Prawdę mówiąc, nie dziwię się starszemu dżentelmenowi i wcale go nie potępiam, Wieniawski bowiem cieszył się opinią człowieka niezbyt serio traktującego życie. Miał się też czym cieszyć…

Zdesperowany artysta – nie, w tym momencie wyobraźnia moja staje się zbyt uboga, bym mógł ważyć się na odmalowanie reakcji Wieniawskiego, pozwolę sobie przeto wezwać na pomoc znakomitego muzykologa, profesora Józefa Reissa (1879-1956), opisującego w swej książce stan duchowy bohatera naszej opowieści, w chwili, gdy jego marzenia zdawały się walić w gruzy. Oto cytat:

,,Rozpacz jego była niewypowiedziana. Wrócił do mieszkania szukając ulgi w samotności… Chwycił za skrzypce, które odezwały się cichą, rzewną muzyką… Grał długo. Odłożywszy skrzypce, usiadł i jednym rzutem napisał jeden z najwspanialszych swych utworów, poczęty w chwili natchnienia.  Wkrótce zapowiedział koncert. W programie znalazł się świeżo napisany utwór – Legenda. Nieugięty ,,sir” udał się z paniami na koncert. Na estradzie ukazał się koncertant witany oklaskami, między innymi kompozycjami grał świeżo napisany utwór wśród głębokiego wzruszenia słuchaczów. Po koncercie sir Hampton zbliżył się do estrady i podając rękę młodemu mistrzowi rzekł – Tylko prawdziwa miłość tłumaczy się tak natchnioną pieśnią, jaką pan dziś do nas przemówił. Jestem przekonany, że goręcej nikt nie umiałby pokochać mojej córki. Nie pragnę zatem dla niej innego szczęścia i proszę, zechciej pan nazywać się moim synem.”

Tu kończy się relacja profesora Reissa, zgodna z opisem zamieszczonym w ,,Tygodniku Ilustrowanym” z dnia 1 V 1880 roku. Prawda, jaki miły, staroświecki styl, zgodny z duchem epoki i jaka śliczna historia? A czy autentyczna? Ha – tu zaczynają się niejakie wątpliwości. Faktem jest, że Wieniawski był w roku 1859 w Londynie. Miał wówczas 24 lata. Faktem jest też, że w kwietniu tego roku poznał Izabellę i zapałał ku niej afektem, który spotkał się ze zdecydowaną dezaprobatą ojca dziewczyny. Faktem jest też, że świeżo skomponowaną Legendę zadedykował swojej żonie, a więc  zajmował się nią – Legendą, a nie żoną – w wyżej wymienionym okresie. Trudno jest natomiast dociec, czy sir Thomas Hampton dał się tak wzruszyć, by udzielić ojcowskiego błogosławieństwa młodej parze. Istnieje nader wiarygodne świadectwo stanowiące dowód, że sprawa wyglądała zgoła inaczej. Oto wnuk Wieniawskiego – sir Brian Dean Paul, utrzymuje, że jego pradziadek, Thomas, swoją córeczkę Izabellę najzwyczajniej na świecie wydziedziczył za karę, iż wyszła za mąż za polskiego skrzypka. Wydaje się więc, że legenda o Legendzie w połowie jeno jest prawdziwa, co nie przeszkadza, że światowej literaturze skrzypcowej przybył jeszcze jeden klejnot z Polski rodem.

Fragmenty pochodzą z książki: W. Pawłowski, Muzyka i miłość, PWM 1999, s. 120-121

 Opracowała: Aneta Kalamat


Ferenca Liszta miłosne przypadki

22 października przypada 200. rocznica urodzin Franciszka Liszta. Co o nim wiemy? Mówimy: genialny, wybitny, inspirujący, nowatorski, nieco chimeryczny, ekstrawagancki, o ogromnej wrażliwości kompozytor. A czy powiemy o nim tak z angielska – gold digger? Nie, jeśli chodzi o najwybitniejszego węgierskiego kompozytora, to do takich wniosków nikt nie śmiałby dojść. Nawet po lekturze tego właśnie fragmentu książki opisującej burzliwe losy Franciszka Liszta:

„Liszta dosięgnęła zemsta ze strony Marii d’Agoult, tym razem w postaci jej pierwszej powieści pt. Nelida. W książce tej autorka przedstawiła w całej pełni swą tragiczną aferę miłosną, nie pozostawiając żadnej wątpliwości co do tożsamości negatywnego bohatera. (…) Wszelkie wzloty i upadki – szczególnie zaś te ostatnie – wspólnego życia Liszta i Marii zostały odnotowane ze skrupulatną dokładnością, jako że Maria nie musiała się posługiwać własną inwencją ani też sięgać po środki licencji artystycznej; wystarczyło zmienić nazwiska bohaterów.(…)

Członkowie elity towarzyskiej byli wszakże zgorszeni Nelidą, która całkowicie potwierdzała ich pogląd, iż Liszt nie jest dżentelmenem. Sam artysta zaś potraktował chłodno i obojętnie tę żałosną opowieść o parweniuszu, urządzonym wygodnie w wyższych sferach i porzuconym przez kochankę dla jego własnego dobra. Udając podziw dla dzieła Marii orzekł, iż wszelkie podobieństwa między postacią Guermana a którąś z żyjących osób jest niczym innym jak tylko nieuzasadnioną złośliwością. Wszelako jego lodowate milczenie na wieść o śmierci Marii mówi samo za siebie. Liszt w gruncie rzeczy nigdy nie wybaczył jej tego osobliwego publicznego ataku. (…)

Równocześnie należy stwierdzić, iż każdy dramatyczny gest w życiu Liszta kończył się gwałtownym zwrotem, przy czym na ironię zakrawa fakt, że jedna kobieta domagająca się od artysty bardziej umiarkowanego i podniosłego stylu życia, została zastąpiona z powodzeniem przez drugą.

Liszt spotkał księżnę Karolinę Sayn-Wittgenstein w 1847 roku podczas podróży koncertowej do Kijowa. Księżna, wówczas 28-letnia, miała – podobnie jak Maria – gburowatego, choć bogatego męża. Ponadto, również jak jej poprzedniczka, odznaczała się nadzwyczaj silnymi literackimi inspiracjami, natomiast w odróżnieniu od niej – cechowała ją bardziej egzotyczna niż wybitna uroda.

Księżna, rzecz jasna, wzruszona była do nieprzytomności grą Liszta, jego zaś pociągało jej ogromne bogactwo (300 chłopów pańszczyźnianych pracowało w majątkach ziemskich księżnej na Ukrainie) oraz niezwykła, silna i pełna prostoty osobowość, a także jej ekscentryczna natura. (…) Jak stwierdził Peter Raabe, księżna potrafiła wyrażać swe najskrytsze uczucia jedynie w wielce napuszonym i górnolotnym stylu; rok po roku, w niezliczonych listach do artysty wykrzykiwała mu dosłownie swą miłość prosto w twarz.

Liszt nie był wszakże w stanie oprzeć się tak kwiecistym i namiętnym deklaracjom miłosnym, zwłaszcza gdy nie szczędzono mu pochwał dla jego artystycznego geniuszu czy też bezwstydnie wręcz schlebiano jego miłości własnej. W każdym razie wszelkie wahania z jego strony znikły bez śladu z chwilą, gdy Karolina zdecydowała się dołączyć do niego w Weimarze, by omawiać plany wspólnego życia. Kochankowie całkowicie zrezygnowali z zachowywania pozorów przyzwoitości. Liszt wyprowadził się ze swojego hotelu i zamieszkał wraz z Karoliną w willi Altenburg, okazałej rezydencji na przedmieściach Weimaru.”

Bryce Morrison, Liszt, PWM 1999

Opracowała: Lidia Grzybowska


Grać pierwszy fortepian

Adam Makowicz, to pianista, który grał z najbardziej znanymi polskimi i światowymi jazzmanami. W wydanej właśnie przez PWM książce ,,Grać pierwszy fortepian” opowiada m.in. o swoich początkach za Wielką Wodą.

Początki w Stanach… Przyjechałem i grałem… Tak, początki były ekscytujące, ale trudne. Psychicznie. Człowiek znalazł się na obcej ziemi, problemy z językiem, z pracą mniej. Głównie z językiem, ale na szczęście muzyk nie potrzebuje go tak, jak aktor, który bez języka staje się zupełnie bezradny. A  muzyka sama w sobie jest językiem zrozumiałym dla wszystkich. No i pomógł mi Hammond. To, co zrobił na początku dla mnie, cały czas procentowało. Dzięki niemu byłem atrakcyjny dla klubów, zapraszany na koncerty, festiwale. Tego było rzeczywiście sporo. I trzeba było się dużo uczyć. Przyjeżdżało się z Europy, z innego świata, także pod względem kulturowym, gdzie muzykę grano zupełnie inaczej. Jeśli grano bluesa, mogło to być tylko naśladownictwo jakiegoś amerykańskiego idola. Tak, w Polsce graliśmy jazz, naśladując swoich idoli, którzy nas fascynowali swoją grą.

Ja, gdy przyjechałem do Stanów, byłem dla Amerykanów oryginalnym pianistą, bo już wtedy, tak jak dzisiaj Leszek Możdżer, łączyłem klasykę z jazzem. Grałem jazz w klasyczny sposób, ale brakowało mi wtedy trochę pewnego wyczucia tego, co Amerykanie czują od urodzenia przez taniec.

Zresztą muzyka jazzowa została stworzona przez taniec, klasyczna tak samo, tylko, że później przekształciła się w koncertową formę, do słuchania, ale początki muzyki klasycznej wywodzą się z jednej strony z muzyki do tańca, a z drugiej, z muzyki sakralnej wykonywanej w kościołach, ze śpiewanej modlitwy. Z tych dwóch nurtów powstała z czasem muzyka koncertowa. Ten sam proces przeszedł także na jazz. Pierwotny, tradycyjny jazz, to była muzyka grana na pogrzebach, na zabawach tanecznych. Na murzyńskich pogrzebach kondukt żałobny tańczył, idąc za kochanym nieboszczykiem, który pozbył się już wszystkich ziemskich problemów, nie musi płacić podatków, nic go nie boli, nie musi wyrywać zębów. Stąd powód do radości i radosnej muzyki tanecznej. Potem jazz przeszedł różne formy. Z czasem muzycy zaczęli szukać innej formy wypowiedzi, powstał swing, potem bebop, hard bop i Bóg wie, co jeszcze, wiele innych stylów tylko do słuchania, których nie dało się już tańczyć. Niemniej jednak bez tego pulsu nie było jazzu. A my tego pulsu nie mieliśmy w ogóle zakodowanego. Muzycy amerykańscy chodzili do klubów, na koncerty, słuchali na co dzień, szczególnie w dużych miastach, takiej muzyki jak bossa nova, muzyka latynoska, karaibska, muzyka swingująca, pulsująca. Od lat było to multikulturowe środowisko, natomiast w Polsce środowisko było jednorodne. Muzykę taneczną w Europie zazwyczaj dość kiepsko wykonywano w lokalach, co nas zupełnie nie interesowało. Istniał tu całkiem inny rodzaj muzyki, choćby w Niemczech te szafy grające z muzyczką śpiewaną przy piwku, te ich słynne ,,sztimungi”.

Z drugiej strony mój sposób grania jazzu, tak jak teraz Możdżera, był dla Amerykanów bardzo ciekawy. Amerykańscy jazzmani nie zagrają tak, jak ja czy Leszek gramy i improwizujemy w klasycznym klimacie, a my z kolei nie zagramy tak jak muzycy z Karaibów. Gdy przyjechałem do Stanów, na początku miałem problem w lewej ręce, żeby mieć w niej ten puls jazzu, a przecież obie, prawa i lewa, zawsze były dla mnie równorzędne. I tego się uczyłem bardzo długo od początku pobytu w Stanach. I wiadomo, moje granie niektórym się podobało, niektórym nie. Na pewno podobało się tym, którzy wychowani byli na muzyce klasycznej i którym nie brakowało takiego wyrazistego pulsu. A ja koniecznie chciałem go mieć. Jak to zrobić? Trwało to latami. Pomógł mi oczywiście fakt, że miałem stałe możliwości grania z amerykańskimi muzykami. Nie było to łatwe, ten puls zmienia przecież strukturę frazy. Należało zdobyć pewną świadomość muzyczną i twórczą, czego nie można nauczyć się z książki. Dobrze, można przeczytać i wiedzieć, jak to powstaje(…). Ale z drugiej strony siadasz do instrumentu i grasz, a to jest zupełnie inny świat, świat dźwięków, koloru, rytmu, pulsu. Moim zdaniem można się tego nauczyć jedynie grając z najlepszymi muzykami. (…)

Fragmenty pochodzą z książki Grać pierwszy fortepian. Rozmowy z Adamem Makowiczem, PWM 2011, s. 95-96

Opracowała: Aneta Kalamat


Zróbmy Kisiela posłem, to będzie śmieszne

Mamy październik 2011 roku i zbliżają się wybory do parlamentu polskiego. Nie odbiegając  od tego tematu za daleko  - cofnijmy się jednak znacznie w czasie  - do stycznia 1957 roku.

Pierwsze ważne pytanie.

Kto wpadł na pomysł by wysunąć kandydaturę Stefana Kisielewskiego (publicysty, krytyka muzycznego i kompozytora) w wyborach do sejmu?

Władysław Bieńkowski przywiózł od Gomułki wiadomość, że w nowym sejmie będzie miejsce także dla posłów katolickich, a Antoni Gołubiew wpadł na pomysł: Zróbmy Kisiela posłem, to będzie śmieszne. ¹

Ten wątek przytacza również w swojej książce M. Gąsiorowska. Oto co pisze:

 W styczniu 1957 roku,  Stefan Kisielewski kandydował do Sejmu PRL z listy wrocławskiej. Został członkiem koła poselskiego „Znak”. Włączenie się do PRL – owskiego Sejmu (w roli „listka figowego” reżimu, jak się niedługo miało okazać), nie przez wszystkich przyjęte zostało z aprobatą.

W „Tygodniku Powszechnym” na przykład ktoś podsumował stanowisko Kisielewskiego i Stanisława Stommy wierszykiem:

Stomma z Kisielewskim piszą memoriały,

Smrodu z tego dużo, a pożytek mały.

Ciśnie się na usta pytanie: co prześmiewca wszystkiego „co czerwone” – jak można swobodnie nazwać Kisielewskiego –  robił w komunistycznym Sejmie? Co skłoniło go do przejścia od postawy „NIE” do „TAK”.

Stefan Kisielewski stwierdził, że skoro wraca Gomułka, prasa pisze co chce, a sowieccy doradcy na czele z Rokossowskim odchodzą, to należy wrócić z „wewnętrznej” emigracji. Uwierzył, że żyje w innym, odmienionym kraju.

(…) Kisiel zajął postawę „neopozytywistyczną” i próbował lisim sprytem załatwić, co było możliwe. Pracował w Komisji Kultury i … w Komisji Planu, Budżetu i Finansów.

 To, że był członkiem pierwszej z nich traktowano jako rzecz oczywistą. Udział w drugiej – sam zainteresowany oceniał jako nowe, ale efektywne  pole swojego działania.

Kisielewski jak się okazuje był rekordzistą w liczbie zgłaszanych interpelacji, choć żadnej nie udało się odczytać podczas obrad plenarnych.

 A próśb o interwencje było coraz więcej. Środowisko muzyczne próbowało za pośrednictwem „pana posła” zorientować się w możliwościach podejmowania różnych przedsięwzięć artystycznych. Udało się Kisielowi także pomóc wielu przesiedleńcom z ZSRR w adaptacji do nowych warunków.

Przesiedleńcy z ZSRR wracali całymi rodzinami i nieraz okazywało się na miejscu, że nie ma przygotowanych dla nich warunków bytu. Kisielewski wykorzystywał znajomość z ówczesnym prezydentem Wrocławia, Bolesławem Iwaszkiewiczem (znajomy rodziców Kisielewskiego) by załatwiać dla nich mieszkania. Jego interwencje pojawiały się, gdy władza odmawiała zgody na budowę kościołów, czy planowała konfiskatę zakonnego majątku.

Podsumowując krytycznie swoje 8-letnie „posłowanie”, Kisielewski przytaczał słowa Wincentego  Witosa, który o swojej pracy w parlamencie austro-węgierskim mówił:

 robić to nic tam nie robiłem, ale com się nauczył, tom się nauczył.

 A czy było śmiesznie podczas tych ośmiu lat trwania „mariażu polityki i muzyki”?

Wystąpienia posła Stefana Kisielewskiego wywoływały najpierw śmiech, a zaraz potem wielkie oburzenie. W swoje przemówienia z mównicy sejmowej wplatał anegdoty o podtekście politycznym, czy też wręcz antysocjalistyczne treści. Miał zwyczaj „męczyć” ministra finansów pytaniami o różne niepospolite rozwiązania i pomysły.

Krótko mówiąc nie był szablonowym posłem – marionetką służącą do głosowania.

Z całą pewnością sala sejmowa wyglądała inaczej z nim niż – bez niego.

Opracowała: Renata Olchawa

¹M. Urbanek, Kisiel, Wrocław 1997, s 90

Pozostałe cytowane fragmenty pochodzą z książki Małgorzaty Gąsiorowskiej, Kisielewski, PWM 2011, ss 134-135.


Nie można filozofować, trzeba pisać nuty

Wszyscy znamy Wojciecha Kilara jako znakomitego kompozytora dzieł muzyki poważnej i filmowej. Ale nie każdy z nas wie, że jest on jednocześnie gawędziarzem z ogromnym poczuciem humoru.

Możemy się o tym przekonać sięgając po wywiad-rzekę Cieszę się darem życia, w którym opowiada o swoim życiu i swojej twórczości, okraszając opowieści wieloma dykteryjkami, celnymi uwagami i niezwykle interesującymi anegdotami.

Oto fragmenty rozmowy, wydanej przez PWM:

- Dla wielu słuchaczy muzyka jest przesłaniem ważnych treści, a dla Pana?

WK: Przesłanie przesłaniem, a technika techniką. Nie ma lepszej anegdoty niż ta stara i często powtarzana – o Janie Styce, który mówił, że maluje Matkę Boską na kolanach. Potem powiadano, że ukazała mu się Matka Boska  i powiedziała: „Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”. Otóż wielkie malarstwo sakralne nie zachwyca nas przez swą tematykę, mimo że oczywiście przeżywamy je religijnie i duchowo. Nie podziwiamy jednak jakichś pacykarzy, tylko mistrzów pędzla. To są sprawy oczywiste, niemniej nie tak powszechnie znane. Bardzo często ludzie, którzy niezdarnie namalują Matkę Boską, uważają, że należy temu dziełu złożyć hołd, bo to jest wizerunek Matki Boskiej. Niedobry obraz Matki Boskiej jest, mimo chlubnych intencji, zniewagą, bo Ona zasługuje na naprawdę dobrego malarza, dobrego kompozytora, dobrego pisarza.

Słowo „przesłanie” jest nieprzetłumaczalne. W pierwszej rozmowie z Francisem Fordem Coppolą na temat muzyki do Draculi, od razu przedstawiłem swoje poglądy na różne sprawy, a on na to: „Dracula ma być filmem o pomyłce Boga”. Odpowiedziałem mu: „pomyłka Boga pomyłką, muszę zobaczyć obraz. To jest konkretna praca, przy której nie można filozofować, tylko trzeba pisać nuty”. Wtedy też przypomniałem mu cyniczne powiedzenie pewnego amerykańskiego producenta, które Coppola zresztą bardzo dobrze znał – „Jak masz message, to idź na pocztę”, oparte na grze słów, message oznacza bowiem w języku angielskim i przesłanie, i wiadomość. Ja też jestem tego zdania. Najpierw są tylko nuty, przesłania można doszukiwać się potem. Czy Mozart miał przesłanie? A Bach? Był organista, toteż pisanie kantat, toccat, mszy należało do jego obowiązków. Kult przesłania pojawił się w XIX wieku. Karłowicz na przykład pisywał do swych utworów teksty, komentarze, lecz gdy weźmie się którąkolwiek z jego partytur do ręki, od razu widać, że jest to profesjonalna robota. (…)

- Jak Pan ocenia siebie jako twórcę?

WK: Jestem człowiekiem, który ma całą masę okropnych wad, np. nie odpisuję na listy. Nie na wszystkie oczywiście, jednak zdarzyło mi się to naprawdę wiele razy, a potem boleję nad tym, cierpię, zdaję sobie sprawę, że nie powinienem tak robić. Jednak mimo tych wszystkich wad wydaje mi się, że umiem względnie nie najgorzej ocenić siebie jako artystę. Mam o sobie i swojej klasie wyrobioną opinię, która może jest trochę megalomańska, a komuś może wydać się zbyt skromna. Myślę, że jestem takim symfonicznym Moniuszką. Stanisław Moniuszko pisał piosenki, które wypełniły lukę w polskiej muzyce pieśniowej, tak samo moja twórczość wypełnia lukę w polskiej muzyce symfonicznej, która nie jest zbyt bogata w utwory, jak to się mówi potocznie „do grania”. A ja piszę takie właśnie utwory. Jeśli ktoś widzi w mojej muzyce więcej wartości niż ja sam, to chętnie się z tym zgodzę, jednak moim celem jest zabawa dźwiękami i chęć podzielenia się tą radością z publicznością. Dlatego jeśli czegoś nie komponuję, to tylko ze względu na brak pomysłu. Ostatecznie umiem przecież pisać nuty i mógłbym pracować bez przerwy, ale w jakim celu, skoro nie odpowiada to mojemu ideałowi twórczemu? Zresztą, zaczynałem wiele utworów, ale odkładałem je widząc, że mi brak pomysłu, że utwór się nie klei. Nie potrafię pisać ciągle w jednym stylu, ciągle tak samo. Nie chciałbym, żeby moja wypowiedź została odebrana jako krytyka tych, którzy tak tworzą, każdy z nas bowiem jest inny i nie ma dwóch takich samych kompozytorów.

Muzycy zawsze byli od czegoś albo od kogoś zależni. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach ta zależność jest o wiele mniejsza niż np. w epoce Bacha. Zresztą o geniuszach nie ma sensu nawet wspominać. Ich zasługi w pewnym sensie są minimalne, ponieważ muzyka sama im wypływała spod pióra i to bez względu na warunki. Nasze osiągnięcia w tej materii są o wiele większe, ponieważ to właśnie my, maluczcy, męczymy się, żeby coś sensownego napisać. Jesteśmy w tym momencie rzeczywiście godni szacunku za nasz idealizm, za to, że dla czegoś niepotrzebnego marnujemy życie. A w przypadku takich geniuszy jak Bach czy Mozart muzyka powstała naturalnie, przez nich przemawiał sam Bóg. I nie ma w tym ich zasługi. To może trochę żartobliwa prawda, ale jednak prawda. Mozart naprawdę był takim kwiatuszkiem, któremu Bóg pozwolił wyrosnąć.

Fragmenty pochodzą z książki: „Cieszę się darem życia. Rozmowy z Wojciechem Kilarem”, PWM 2007

Opracowała: Lidia Grzybowska



Przypadek Straussa, Richarda Straussa.

We wrześniu bieżącego roku mija 62–ga rocznica śmierci wielkiego niemieckiego kompozytora późnego romantyzmu i jednego z największych w swym pokoleniu dyrygenta. Monachijczyk z urodzenia, w swoim długim życiu (przeżył 85 lat!) z wolna stawał się własną legendą, utrwaloną w dziełach, które i dziś cieszą się powodzeniem.

Terminu przypadek Straussa użył  Piotr Kamiński w książce pt.: Tysiąc i jedna Opera ¹  w odniesieniu do wyjątkowych osiągnięć Richarda Straussa na polu artystycznym.

Nie mniej bezprecedensowa wydaje się być  również jego postawa życiowa.

Istotą poniższego tekstu jest próba pokazania prywatnej strony życia Herr Richarda Straussa, zwłaszcza jego stosunku do żony Pauliny z domu de Ahna . Swoiste studium charakterologiczne przypadku Straussa.

Przyjęło się sądzić, iż utwór jest odbiciem psychiki twórcy pozwalającym poznać w pewnym stopniu jego charakter czy światopogląd. Bohaterowie dzieł literackich i literacko-muzycznych często mają cechy charakteru twórcy – te uzewnętrzniane i te, które twórca ze względów społecznych nie przejawia na zewnątrz.

Tymczasem Walerian Pawłowski w swojej książce pt.: Muzyka i miłość we  fragmencie  poświęconym  naszemu bohaterowi tak pisze:

 O właśnie – Don Juan! Eksplozja witalności, radości życia, zachłyśnięcie kolejnymi sukcesami, tak łatwo osiąganymi u najpiękniejszych dam, nieustający wicher namiętności, rzucający bohatera w ramiona coraz to innej kochanki, aż do całkowitego wypalenia sił i ocknięcia się w mroźnej pustce wewnętrznej i osamotnieniu. Oto programowy zarys arcydzieła, stworzonego przez kompozytora, gdy liczył lat 24!

Więc już jasne. Na podstawie partytury Don Juana możemy sobie naszkicować sylwetkę Straussa. Wiadomo: kobieciarz, łowca przygód, podrywacz, uwodziciel, jednym słowem – stop! Ani jednym, ani dwoma słowami nie próbujmy określać charakteru pana Richarda, a jeśli by nas do tego zmuszono, to w ostateczności powiedzmy o nim jednoznacznie: „klasyczny pantoflarz”. Gdybym się znał na psychopatologii, zaryzykowałbym być może przypuszczenie, że w podświadomości Straussa kryły się elementy masochistyczne. Pozwalał się bowiem maltretować własnej małżonce, znajdując w tym ogromne zadowolenie.

Opisując postać Pauliny Strauss, autor odwołuje się do Pamiętników Almy Mahler, która z racji stanowiska męża – Gustava Mahlera (ówczesnego dyrektora Opery Wiedeńskiej) często stykała się, również prywatnie, ze Straussami. Małżonka Straussa miała nieprzyjemny zwyczaj negatywne oceny o utworach męża wygłaszać na forum publicznym w jego oczywiście obecności.

Ponoć w czasie premiery Brak ognia (która miała miejsce w 1902 r.) zasiadająca w eksponowanej loży dyrektorskiej pani Straussowa miała wywołać skandal głośno wyrażając swoje niezadowolenie z poziomu opery męża. Interwencja dyrektora Mahlera przyniosła tylko ten efekt, iż awanturująca się nadal pani Strauss wraz z mężem (który zdążył wrócić po złożeniu ukłonów na scenie) zostali zamknięci w gabinecie dyrektorskim.

W. Pawłowski pisze:

Głośne były historie rozgrywające się w czasach, kiedy to Operą Wiedeńską rządził duumwirat w osobach Franza Schalka (…) i Richarda Straussa. Pani Paulina  zasiadała wówczas w czasie prób na widowni, a kiedy jej się coś nie podobało, głośnym gwizdem dawała wyraz swej dezaprobaty.

Ale, ale …co na to wszystko Mistrz Strauss.  Za odpowiedź niech posłuży przywołany przez Pawłowskiego cytat z biografii Straussa autorstwa E. Krausego (wyd. przez PWM):

Najpiękniejsze pieśni napisał Strauss dla swojej żony; ona też była chrzestną matką większości z nich (…). Osobiste odczucia stopiły się z bliskim kompozytorowi oryginalnym brzmieniem głosu ukochanej kobiety. Odnosząc się z dużą rezerwą do symfonicznych i muzyczno – dramatycznych dzieł swego małżonka, identyfikowała się Paulina Strauss bez zastrzeżeń z jego dziełem pieśniarskim.

I jak chcą znawcy tematu, jako śpiewaczka operowa wykonywała je znakomicie.

Paulina Strauss była niewątpliwie postacią kontrowersyjną, ale dla męża nieodmiennie przez 55 lat wspólnego pożycia niezastąpioną towarzyszką. Chociaż trudno w to uwierzyć, ale być może takiej właśnie żony potrzebował nasz bohater, by być tym kim był?  By miłość  do żony wydobyła z niego to co najlepsze, co odbiło się  potem w jego muzyce…

A na koniec autor zadaje pytanie: No dobrze – ale czy Strauss przy całym swoim uwielbieniu dla żony nigdy jej nie zdradził?  (…). Oczywiście, że tak. Zdradzał Paulinkę (…).

Z kim?!

Odpowiedź na to można znaleźć w dalszej części rozdziału  poświęconego Straussowi w Muzyka i miłość.

¹ P. Kamiński w: Tysiąc i jedna Opera t. 2, PWM SA, 2008, str. 435

Na podstawie: W. Pawłowski, Muzyka i miłość, PWM SA, 1999, ss 161-170

Opracowała: Renata Olchawa


Zakopiańskim szlakiem Mieczysława Karłowicza

Mieczysław Karłowicz to jeden z tych talentów, które przedwcześnie zabrała  śmierć. Kompozytor został zmieciony przez lawinę 9 lutego 1909 r. O tym jak wyglądał jego ostatni dzień pisze w swojej książce Zakopiańskim szlakiem Mieczysława Karłowicza Maciej Pinkwart.

Karłowicz, tak jak planował, wyszedł z domu koło szóstej, niosąc w plecaku zapas jedzenia, kuchenkę turystyczną i ciężki aparat fotograficzny, na ramieniu narty i płaszcz. Leśniczy w Kuźnicach widział go o wpół do siódmej, jak przypiąwszy narty zaczął podchodzić na Boczań. Opis dalszych poczynań Karłowicza zawdzięczamy Mariuszowi Zaruskiemu, który pierwszy dążył po śladach, jakie pozostawiły narty kompozytora. Do odtworzenia tej drogi pomocne były także ostatnie zdjęcia wykonane przez Karłowicza, które ocalały wraz z aparatem fotograficznym w lawinie.

Przystanął w miejscu, gdzie otwiera się rozległy widok na panoramę Tatr Zachodnich z królującym w jej Centrum Giewontem. Minęła ósma, słońce już wzeszło i choć nadal tylko przeświecało przez chmury, mgła ustąpiła i można było spróbować zrobić zdjęcie. Karłowicz wyjął aparat i używając czekana jako statywu wykonał pierwszą fotografię. Podążył następnie dalej Skupniowym Upłazem, starannie omijając wszystkie grożące lawinami odkryte miejsca stoku i posuwając się niemal dokładnie granią. Na Hali Królowej zjechał aż po las, znacznie poniżej letniej ścieżki – na stromym upłazie spod Małej Królowej Kopy było zbyt ryzykowne.

Śniegu w ogóle było sporo; świeżo spadły, leżał zmrożonym puchem na każdym kamieniu, na każdej gałązce Smerków. Na Karczmisku Karłowicz przystanął ponownie(…). Wyjął aparat i sfotografował zasypane do połowy, przygięte okiścią smerki na tle pięknej panoramy szczytów okalających Halę Gąsiennicową. W lekko zamglonym krajobrazie centralne miejsce zajmował trójkąt Żółtej Turni.

Zjazd do schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego był – poza przystankami na wykonanie zdjęć, pierwszą chwilą odpoczynku po męczącym podejściu. Dochodziła dziesiąta . Powiesił na ścianie płaszcz, przygotował i zjadł śniadanie. Wpisał w księdze frekwencyjnej schroniska pod numerem 2059 8/II 1909. M Karłowicz, zaznaczając, że nie będzie korzystał z noclegu. Skrupulatny jak zawsze, dopisał: Okiennicę przy jednym z okien zastałem otwartą. Następnie przypiął do nart długie pasy futra, tzw. foki, ułatwiające podchodzenie, wziął do plecaka tylko aparat fotograficzny i bez płaszcza wyszedł w stronę Czarnego Stawu.

Kilkadziesiąt godzin później w ślad za nim wyruszył Mariusz Zaruski w towarzystwie Stanisława Gąsiennicy-Byrcyna(…).

Fragmenty pochodzą z książki: M. Pinkwart, Zakopiańskim szlakiem Mieczysława Karłowicza, PWM 2008, s. 134-136 

Opracowała: Aneta Kalamat

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.