DNA na pięciolinii


Pytanie o to skąd się wzięła i po co nam właściwie muzyka, choć dla delektowania się nią nie ma najmniejszego znaczenia, od dawna nurtuje naukowców. Jedni udowadniają, że nie bez powodu mówi się, że ktoś muzykę ma we krwi, bo jest zapisana w naszych genach, inni twierdzą, że jest wynalazkiem cywilizacyjnym.
Niewątpliwie muzyka jest czymś, co większość z nas rozumie bez względu na to gdzie się urodziliśmy i jakim językiem mówimy. W słynnej scenie z ,,Misji” Rolanda Joffé, ojciec Gabriel grą na oboju przekonuje do siebie Indian, którzy już kilku jego poprzedników – dosłownie i w przenośni – spławili. Czy więc muzyka jest językiem ponadkulturowym i ponadczasowym? Czy rzeczywiście mamy ją w genach?
 
Zwolennicy tej teorii przekonują, że muzyka była naszym przodkom przydatna np. w podejmowaniu decyzji o wyborze partnera. Ponieważ angażuje wiele funkcji naszego mózgu, a co za tym idzie dowodzi sprawności intelektualnej, muzykujący mieli większe szanse na znalezienie sobie partnera niż ci, którzy śpiewać czy grać nie potrafili. I w przeciwieństwie do świata zwierząt, gdzie śpiewają zwykle samce, dotyczyło to obu płci.
 
Dowodem na poparcie tezy o wrodzonej muzykalności homo sapiens ma być fakt, że dzieci już od pierwszych chwil życia reagują na muzykę, że co więcej – reagują już w łonie matki. Być może jednak dzieje się tak, ponieważ reakcja ta jest pochodną reakcji na język w ogóle, a badania wskazują, że dzieci mając do wyboru mowę lub muzykę, bardziej interesują się tą pierwszą.
 
Jak jest w rzeczywistości dowiemy się dopiero, kiedy znajdziemy gen odpowiedzialny wyłącznie za muzykalność. Choć naukowcy zlokalizowali już jeden, dzięki któremu ludzie są muzykalni, nie jest on jednak wyłącznie za tę cechę odpowiedzialny, a co za tym idzie nie może dowodzić w stu procentach, że muzykę mamy faktycznie w DNA zapisaną. Co więcej, szympansy, które są do nas tak przecież genetycznie podobne, o wiele mniej interesują się muzyką, a naukowcy nie potrafią wskazać konkretnego miejsca w naszym DNA, odpowiedzialnego za tę różnicę między naszymi gatunkami.
 
Może więc jednak muzykalność faktycznie jest wytworem kulturowym? W końcu najstarsze odnalezione instrumenty muzyczne – kościane flety – mają zaledwie 35 tyś. lat. Jeśli dopiero wtedy ludzie zaczęli grać i wybierać partnerów muzykalnych, byłoby to niewiele czasu dla ewolucji na wytworzenie zmian w naszym DNA. Jest to jednak czas w zupełności wystarczający na zmiany i adaptację osiągnięć cywilizacyjnych. Niektórzy proponują teorię, że muzyka ,,została wynaleziona” przez kobiety, które śpiewały swoim dzieciom, aby je uspokoić, kiedy musiały je na chwilę zostawić. Inni podają pomysł, że śpiew był wykorzystywany przez pierwotnych myśliwych, którzy w trakcie polowań mogli się tak lepiej nawoływać czy zwoływać. Teorii znajdzie się jeszcze kilka, a pewnie i kilka jeszcze powstanie.
 
Tak czy owak muzyka bardzo pomogła naszemu gatunkowi w przetrwaniu – wszak doskonale służy zacieśnianiu więzi w ramach grupy, bez której człowiekowi dziesiątki tysięcy lat temu ciężko byłoby przetrwać we wrogim świecie.  Śpiew pomógł też ludziom przekazywać wiedzę o tym, co ich otacza i o własnym pochodzeniu – najdawniejsze podania plemienne jego właśnie miały formę.  Śpiew bowiem ułatwia zapamiętywanie ważnych faktów, co nieraz wykorzystuje się i dziś w trakcie nauki.

Naukowcy pewnie długo będą się spierać o pochodzenie muzyki. Będą pojawiały się nowe badania i nowe dowody. Może odnalezione zostaną ślady świadczące o tym, że nasi kuzyni (a w jakimś stopniu i przodkowie), neandertalczycy, także znali muzykę.  Kto wie, spór jest ciekawy, z niecierpliwością więc czekam na nowe doniesienia ze świata nauki.

Tekst: Aneta Kalamat


Andrzej Wajda o Wojciechu Kilarze



Rozwiązanie konkursu!


Prawidłowa odpowiedź to oczywiście ,,Pan Tadeusz”, a jako pierwsza odpowiedziała p. Iwona Hossa, której serdecznie gratulujemy.
Zapraszamy do udziału w konkursie w następny wtorek!

8/80 – Konkurs na 80. urodziny Wojciecha Kilara


Wojciech Kilar napisał muzykę do wielu filmów, których scenariusze powstały na podstawie książek. Od dziś, przez 8 kolejnych wtorków, będziemy publikować ich fragmenty lub w skrócie opisywać ich akcję, a Waszym zadaniem będzie zgadnąć, o jaki film nam w danym tygodniu chodzi.

Zaczynamy takim oto cytatem:

 
Żeby już raz otwarcie był mnie zrekuzował,
Bo znał nasze uczucia; gdyby nie przyjmował
Mych odwiedzin; to kto wie? może bym odjechał,
Pogniewał się, połajał, w końcu go zaniechał,
Ale on, chytrze dumny, wpadł na koncept nowy:
Udawał, że mu nawet nie przyszło do głowy,
Żeby ja mógł się starać o związek takowy.
A byłem mu potrzebnym, miałem zachowanie
U szlachty, i lubili mnie wszyscy ziemianie.
Więc on niby miłości mojej nie dostrzegał,
Przyjmował mnie jak dawniej, a nawet nalegał,
Abym częściej przyjeżdżał; a ilekroć sami
Byliśmy, widząc oczy me przyćmione łzami
I pierś zbyt pełną i już wybuchnąć gotową,
Chytry starzec, wnet wrzucił obojętne słowo
O procesach, sejmikach, łowach…
 
Odpowiedzi prosimy nadsyłać na adres blog@pwm.com.pl
Prosimy zapoznać się z regulaminem konkursu: http://www.pwm.com.pl/zdjecia/0/3/0/2545_8na80.pdf
 
 

Zagraj to jeszcze raz, Sam


Można przyjąć, że niedługo tym właśnie pamiętnym cytatem z „Casablanki” rodzice będą zwracali się do swoich rocznych pociech. Skąd to przypuszczenie? Okazuje się bowiem, że już tak malutkie dzieci lepiej się rozwijają, jeśli uczestniczą w interaktywnych zajęciach muzycznych – donoszą naukowcy. Dotyczy to nie tylko ogólnego rozwoju fizycznego, ale także świata emocji – dzieci pod wpływem aktywnego obcowania z muzyką częściej się uśmiechają i łatwiej można je uspokoić.

Od dawna wiadomo, że muzyka, prezentowana dzieciom nie tylko po urodzeniu, ale nawet w okresie prenatalnym, ma kojący wpływ na maluchy. Okazuje się, że wpływ muzyki na życie małych dzieci jest znacznie szerszy, niż do tej pory przypuszczaliśmy.

Dowodzą tego badania naukowców z Uniwersytetu McMaster, których wyniki opublikowano w „Developmental Science” oraz w „Annals of the New York Academy of Sciences”. Eksperyment polegał na uczestnictwie grupy kontrolnej, złożonej z rocznych dzieci (z towarzyszeniem rodziców), w zajęciach muzycznych. Przez sześć miesięcy raz w tygodniu w jednej z grup dzieci uczyły się krótkich rymowanek, grały na instrumentach perkusyjnych oraz „tworzyły” muzykę. W drugiej zaś dzieci bawiły się zwykłymi zabawkami, a w tle słychać było specjalnie dobraną dla dzieci muzykę. Następnie zbadano mózgi rocznych dzieciaczków i okazało się, że te dzieci, które miały do czynienia z interaktywnym tworzeniem muzyki, znacznie szybciej i dokładniej wychwytywały dźwięki muzyczne, niż dzieci z „biernej” grupy. Potrafiły nawet dostrzec zmiany w tonacji utworu, stawały się znacznie bardziej wrażliwe na niuanse muzyczne.

Nie to było jednak największym zaskoczeniem naukowców. Okazało się bowiem, że wpływ muzyki dało się dostrzec w zachowaniach na pozór niezwiązanych z aktywnością muzyczną. Otóż, dzieci z owej czynnej grupy były spokojniejsze, radośniejsze, często się uśmiechały i można je było z łatwością uspokoić, kiedy nagle zaczynały płakać lub były nerwowe i rozdrażnione. Nie zauważono natomiast poprawy w przypadku dzieci z grupy biernej.

Koordynator badania stwierdził, że “istnieje wiele sposobów, dzięki którym rodzice mogą porozumiewać się ze swoimi dziećmi. Wspaniałe w muzyce jest to, że każdy ją kocha i że każdy może nauczyć się prostych interaktywnych gier muzycznych wykonywanych wespół”.

Kto wie, może właśnie muzyczne gry i zabawy interaktywne, będące udziałem naszych dzieci na wczesnym etapie rozwoju, ujawnią talent na miarę Mozarta lub Lutosławskiego? Ale nawet jeśli tak się nie stanie, to chyba warto zainwestować odrobinę czasu i energii w dobre samopoczucie naszych pociech.

Tekst: Lidia Grzybowska


„Koko Euro Spoko” – czyli mody na folk cd.


Moda na folk oraz góralszczyznę wraca i to nie tylko w muzyce. Wizytówką naszego kraju podczas Expo 2010 w Szanghaju był pawilon, którego elewacja zainspirowana została motywem ludowej wycinanki. W 2011 r. rząd przygotował tradycyjne drewniane bączki-laleczki, ręcznie malowane w czterech wzorach: kujawskim, kurpiowskim, łowickim i opoczyńskim, które podczas polskiej prezydencji były wręczane zagranicznym delegacjom. Wybór przeboju mistrzostw Europy w piłce nożnej budzi jednak znacznie więcej emocji.

,,Koko Euro Spoko” zespołu Jarzębina wybrany na oficjalny przebój reprezentacji Polski na Euro 2012 jest bliźniaczo podobny do wykonywanego od lat przez zespół Śląsk utworu Wojciecha Kilara „Kogut”, który kompozytor napisał już 40 lat temu. Utwory są do siebie podobne jednak o plagiacie nie może być mowy, gdyż Wojciech Kilar opierał się na utworze ludowym pochodzącym z Zagłębia Dąbrowskiego. Tymczasem zespół z Kucudzy (pow. janowski na Lubelszczyźnie) cieszy się ze zwycięstwa w konkursie na hymn reprezentacji Polski na Euro 2012. Jedni mówią, że piosenka to szczyt obciachu i żenady, inny apelują o odrobinę dystansu i poszanowanie naszych muzycznych korzeni.

Zamieszanie wokół „Koko” kolejny raz udowadnia, że panuje moda na folk. A to przecież nic innego, jak tęsknota i powrót do korzeni nie tylko w muzyce, ale i codziennym życiu. Muzyka folkowa, choć sięga daleko w przeszłość i czerpie z jej źródeł, jest żywa i zrozumiała dla wszystkich.

W marcu w Rosji zakończyły się eliminacje wykonawców, którzy wystąpią w barwach Rosji na tegorocznym festiwalu „Eurowizja”. Tu również powiało sensacją – głosami jurorów oraz widzów wygrały Buranowskie Babuszki – zespół starszych pań ze wsi Buranowo (Republika Udmurcka) na Przeduralu. Babuszki wystąpiły w ludowych strojach i wykonały napisaną przez siebie piosenkę “Party for Everybody”, częściowo w ojczystym, udmurckim języku, a częściowo w angielskim. Ich śpiew był tradycyjny – ale muzyka w podkładzie już jak najbardziej współczesna, popowa. Publiczność zgotowała im owację na stojąco.

Obecnie folk inspiruje się muzyką i kulturą ludową, ale – co istotne – stosuje środki muzyki współczesnej. Charakterystyczne dla muzyków folkowych jest poszukiwanie w swej twórczości tradycyjnych brzmień i tematów. Współczesne zespoły folkowe pragną przenieść choć odrobinę tradycji do współczesnych nurtów muzycznych, by podzielić się wolnością i energią ukrytą w tej muzyce.

Tej wiosny i latem bawmy się folkiem. Odważnie łączmy etniczne klimaty ze światem glamour i nie bójmy się muzyki. Brzmienie naturalnych dźwięków wydobytych z bębnów, gitar, fletów, saksofonów, akordeonów, skrzypiec, perkusji, ale także wielu egzotycznych instrumentów oraz tzw. przeszkadzajek wprowadza przecież w magiczny nastrój, dodaje energii i budzi tkwiące w nas od wieków rytmy.

Tekst: Katarzyna Rudko


To tylko wiatr cichy po liściach szeleszcze


Niekiedy rodzice, myśląc o przyszłości swoich pociech, zastanawiają się, czy w ich dziecku drzemie talent muzyczny. Warto wtedy zwrócić uwagę, w jaki sposób reaguje ono na muzykę i sztukę, i czy odznacza się ponadprzeciętną wrażliwością jak Krzysztof Meyer, który tak oto wspomina swoje pierwsze kontakty graną na żywo muzyką:

„Miałem najwyżej cztery lata i po raz pierwszy usłyszałem muzykę nie z radia, lecz wykonywaną na żywo. Muzycy grali „Kwintet Pstrąg” Schuberta, a ja siedziałem u Buni na kolanach, z podziwem patrząc na jej ręce zwinnie i szybko poruszające się po klawiaturze. Pierwszą część utworu chłonąłem z najwyższą uwaga i zachwytem.  Podczas drugiej mój zachwyt ustąpił trudnemu do opisania niepokojowi, a gdy pojawił się środkowy fragment z owymi zadziwiającymi modulacjami i punktowanym rytmem, muzyka wprowadziła mnie w stan przerażenia. Nie byłem w stanie dalej słuchać i – w przypływie lęku – zamknąłem wieko fortepianu, spuszczając je na ręce Buni. Muzycy przestali grać, a ja, tonąc we łzach, ze wstydem uciekłem do kąta.

Na drugi dzień zachorowałem, co oczywiście nie miało nic wspólnego z owym incydentem. Leżąc w łóżku z wysoką gorączką, słyszałem nieustannie drugą część „Kwintetu”, niezmiennie napawającą mnie panicznym strachem. Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej słuchałem przez radio „Króla Olch” Schuberta, po czym ojciec przeczytał mi balladę Goethego w polskim tłumaczeniu. Wiersz pobudził moją wyobraźnię w stopniu nie mniejszym niż „Kwintet” i w gorączce fantazje wzrokowe połączyły się ze słuchowymi. Całymi godzinami chowałem głowę pod poduszkę, mając nadzieję, że tym sposobem muzyka Schuberta w mojej głowie choć trochę ucichnie. Bodaj wtedy właśnie zauważyłem, że usłyszane utwory pozostają we mnie i że słyszę je całymi godzinami. Z upływem lat to zjawisko się nasilało, aż doszło do tego, że muzykę słyszałem bez przerwy, nawet gdy budziłem się w nocy. Tak tez bywa do dzisiaj i ten stan bywa wprawdzie ekscytujący, ale niekiedy również bardzo wyczerpuje.”

Cyt. za: Krzysztof Meyer, Mistrzowie i przyjaciele, PWM, Kraków 2011

Przygotowała: Lidia Grzybowska


Skrzypek na dachu czy w pudle?


Czy pamiętacie teledysk George’a Michaela do piosenki „Faith”? Główną rolę odgrywała w nim, oprócz przetartych jeansów wokalisty i jego gitary… szafa grająca. Popularny zwłaszcza w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia i często przywoływany w amerykańskim kinie jukebox ma swoje starsze rodzeństwo. Jednym z jego starszych braci jest Mills Violano-Virtuoso, czyli samogrające skrzypce.

Głównym wynalazcą Mills Violano-Virtuoso był współczesny Tomaszowi Edisonowi imigrant ze Szwecji, Henry Konrad Sandell. 27 marca 1905 roku zgłosił do amerykańskiego urzędu patentowego elektryczne samogrające skrzypce. W czasach, kiedy automatycznie grające pianina na żetony zdobywały ogromną popularność, rynek był gotowy na przyjęcie automatycznie grających skrzypiec.

Zasada działania Violano-Virtuoso nie była bardzo skomplikowana – połączono mechanizm automatycznych skrzypiec do automatycznego pianina. Działanie Violano-Virtuoso nie zasadzało się na pneumatyce, tylko na elektryce (110 voltów prądu stałego).  Skrzypce miały 4 struny i mogły odtwarzać 64 dźwięki, a w związku z tym, że cztery struny mogły być obsługiwane jednocześnie, prowadziło to do możliwości czteroczęściowego niezależnego kontrapunktu. Osiągać można było również efekt vibrato. Na strunach grał chromatyczny zestaw tzw. metalowych palców oraz małe, napędzane prądem krążki z kalafonii.

Muzyka była odczytywana z rolek, na których mieściło się do 5 utworów. Ich kolejność była niezmienialna. Firma Mills wyprodukowała ponad 3 tysiące różnych rolek z rozmaitymi utworami.

Violano-Virtuoso zaprojektowano z przeznaczeniem dla miejsc publicznych. Uruchamiało się go przez wrzucenie monety, a mechanizm mógł pomieścić 15 monet. Były również produkowane wersje do użytku domowego, ale z racji dużych gabarytów i takiegoż ciężaru, nie była to najporęczniejsza wersja sprzętu do odtwarzania muzyki.

Inne instrumenty opracowane przez firmę Mills to automatyczne banjo, wiolonczela, ksylofon a nawet cały kwartet smyczkowy. Ocenia się, że w ciągu 20 lat produkcji Violano-Virtuoso na rynek zostało wypuszczonych około 4-5 tysięcy sztuk. Obecnie Violano jest rarytasem wśród koneserów staroci i świadectwem ludzkiej potrzeby ciągłego obcowania z muzyką.

Opracowano na podstawie: David Bowers, Encyclopedia of Automatic Musical Instruments, Vestal Press, USA, 1972

Opracowała: Lidia Grzybowska


Kłopoty rodzinne….


Kłopoty rodzinne to nie tylko specjalność naszych czasów – jak twierdzą ci, którzy przy każdej nadarzającej się okazji wspominają, że ,,kiedyś było inaczej”. Ludzie są chyba w każdych czasach mniej więcej tacy sami i często sami proszą się o kłopoty.

Nie omijały one nigdy rodzin znanych i wybitnych osobistości, jak choćby takiego Ludwiga van Beethovena…

Kompozytor miał dwóch braci, którzy dożyli dorosłości i żaden z nich, w jego przynajmniej przekonaniu, nie ożenił się tak, jak należało. Obaj bowiem związali się z kobietami, w tamtych czasach mogącymi uchodzić za prowadzące się niemoralnie.

I tak żona Nikolausa Johanna była najpierw jego gosposią, a co gorsza, miała nieślubne dziecko. Kompozytor chcąc zapobiec temu małżeństwu porzucił kurację w uzdrowisku i udał się do Linzu, gdzie Johann mieszkał. Próbował nawet interweniować u lokalnego biskupa, a kiedy to nie pomogło, u lokalnych władz, ale i tu nie znalazł zrozumienia. Ludwig wyjechał, a jego brat bez przeszkód zawarł związek małżeński. Choć początki znajomości Ludwiga i Theresy (bo tak miała na imię żona Johann) nie były najlepsze, później utrzymywali raczej poprawne stosunki.

Inaczej sprawa wyglądała z żoną drugiego z braci, Kaspara Antona Karla, Johanną. Ta również przed ślubem prowadziła się  (jak na ówczesne standardy) niemoralnie, a co więcej nie zaprzestała i po nim (to już i na nasze standardy). Pochodziła z dość majętnej rodziny, sama jednak nie miała najwyraźniej skłonności do prowadzenia udanych interesów. Skłonności miała na swoje nieszczęście do robienia długów i oszustw – wmieszała się bowiem w aferę z naszyjnikiem z pereł, który powierzono jej w celu zorganizowania przez nią jego sprzedaży. Ponieważ jednak najwyraźniej niezbyt wiele by z tego miała, postanowiła sfingować włamanie i jego kradzież, o którą zresztą oskarżyła swoją służącą. Jako, że nie znaleziono przeciwko bogu ducha winnej kobiecie dowodów, udało się biedaczce czarne chmury gromadzące nad jej głową rozproszyć. Jakiś czas później Johanna pokazała się z jednym ze sznurów naszyjnika na szyi i tym samym dostarczyła dowodów, tyle, że przeciwko sobie. Choć została skazana na rok ciężkiego więzienia, udało jej się wykaraskać z kłopotów dzięki interwencji jej męża.

Po jego śmierci czekała ją jednak długa tułaczka po sądach – tym razem jednak w celu obrony swojego prawa do opieki nad jedynym synem, Karlem którego Ludwig chciał jej odebrać, tłumacząc jej niezdolnością do właściwego wychowania potomka. Walka trwała ponad cztery lata i skończyła się zwycięstwem Beethovena. Nie najlepiej wyszła na zdrowie jednak głównemu zainteresowanemu, czyli Karlowi, który musiał bardzo ją przeżyć, a w późniejszym czasie próbował nawet popełnić samobójstwo.

Beethoven nie cierpiał bratowej i przez wiele lat robił wszystko, żeby zatruć jej życie (inna sprawa, że, jak się zdaje aniołem nie była). A ponieważ wielką niechęć do kogoś ludzie lubią nieraz tłumaczyć tłumioną miłością, tak i w tym przypadku pojawiły się głosy, jakoby kompozytor miał w rzeczywistości kochać się w Johannie, sam przed sobą nie potrafiąc się do tego przyznać.

Podobną teorię postawili twórcy filmu Wieczna miłość (Immortal Beloved, 1994) z Garym Oldmanem w roli głównej (choć tu miłość wcale nie była tłumiona). To zdaje się jednak być teorią mocno naciąganą (tym bardziej, że adresatkę tajemniczych listów, Wieczną Miłość kompozytora prawie na pewno rozszyfrowano), a stawiając się na miejscu Beethovena trzeba chyba przyznać, że jego antypatia i przekonanie, że brat mógł wybrać lepiej, nie są całkiem bezpodstawne…

Tak czy inaczej kompozytor wiele miał ze swoją rodziną kłopotów, czy to prawdziwych, czy to trochę naciąganych. Całe szczęście nie wpłynęły one znacząco na jego geniusz i zdolność do tworzenia ponadczasowych dzieł.

Opracowała: Aneta Kalamat

 


Futurysta, Żyd i Szatan o gołębim sercu


Znamy Karola Szymanowskiego jako niezwykle twórczego i wrażliwego artystę. Lektura jego listów odsłania jeszcze inny, chyba mniej znany, rys jego charakteru.

Otóż, Karol Szymanowski, mimo że sam niejednokrotnie borykał się z trudnościami finansowymi, a przy pożyczaniu pieniędzy od razu zapowiadał, że nie wie, kiedy je zwróci, często myślał o potrzebach i problemach innych. Tym razem chodziło o nie byle kogo, tylko o samego Romana Statkowskiego:

Karol Szymanowski do Felicjana Szopskiego w Warszawie
Lwów, ul. Potockiego 94, 10 I 1924 z listami JW. P. H. Toeplitza

Drogi Panie Felicjanie.
Z góry proszę bardzo drogiego Pana, by list ten i cała sprawa pozostała ściśle pomiędzy nami. Chodzi mianowicie o Pana Romana Statkowskiego. Na parę dni przed wyjazdem odwiedziłem go po jego chorobie. Miał się już lepiej i lekarze jakoby twierdzą, że w odpowiednich warunkach, dłuższym wypoczynku od pracy nauczycielskiej, spokoju etc. etc., może powrócić do zdrowia. Są to właśnie moralne leki, na które on sobie niestety nie może pozwolić. W ogóle uczynił on na mnie bardzo smutne wrażenie. (…)

Ciągle myślę z największym smutkiem o jego samotnej i gorzkiej starości i o tym, jak na to zaradzić, by było trochę inaczej. Pisałem już do Emila Młynarskiego w tej samej sprawie i także pod sekretem, bo Pan Roman jest tak drażliwy i ambitny, że nie darowałby mi, że się bez jego wiedzy jego losami zajmuję. Jednak chodzi o to, że trzeba coś na to zaradzić, bo on przede wszystkim jest w okropnych materialnych warunkach. Zdaje się, że mi któryś z jego oddanych mu uczniów mówił, że on się jeszcze nie dosłużył prawa emerytury. Nie wiem, czy to prawda, ale samo ujęcie kwestii jest już horrendalne, bo bądź co bądź jest on jednym z wybitniejszych polskich artystów i jako taki ma, a raczej powinien mieć, prawo, by przynajmniej w ciężkich chwilach życia Państwo zajęło się nim. Jest to zresztą kwestia zupełnie zasadnicza – a więc u nas niestety nieaktualna.

Jednak zdecydowałem się napisać do drogiego Pana jako też jednego z Przyjaciół Pana Romana, czy na oficjalnej drodze nie udałoby się jednak uzyskać jakiegoś sposobu, by móc mu zapewnić choć kilkumiesięczny absolutny wypoczynek bez trosk o pieniądze, które w jego stanie są wprost zabójcze – bo parę razy mi wspominał jeszcze przed swoją chorobą, że jego profesorska pensja nie wystarcza mu na życie, a cóż dopiero wobec poważnej choroby! Wyżej już wspomniałem, że napisałem również do Emila, nasuwając mu przede wszystkim myśl, że częstsze wystawianie „Marii” choć w pewnym stopniu rozwikłałoby te ponure finansowe sprawy, poza tym proponując mu, żeby się z Panem porozumiał.

Wydaje mi się wprost nieprawdopodobne, by w takim wypadku nie można było nic zaradzić, nawet przy najdalej idących grabskich oszczędnościach! Okropnie się tym wszystkim martwię, ponieważ jestem do Pana Romana przywiązany, a poza tym powiem szczerze, iż mimo że wszyscy Rytlowie w Polsce mają mię za Futurystę, Żyda i Szatana – uważam Pana Romana naprawdę za lepszego kompozytora nawet od paru nierównie modernistyczniej nastrojonych Ludomirów. Gdyby jakaś mała nadziejka zaświtała, byłbym Panu niezmiernie wdzięczny za 2-3 słówka (o więcej nie proszę, bo wiem, że Pan bardzo zajęty). (…)

Oto na razie cała moja sprawa. Ja znów drapnąłem do Lwowa, gdzie mi jest względnie spokojnie i dobrze i mogę pracować, a także spokojnie się leczyć, bo w ostatnich czasach moja neurastenia doszła do tak niebywałych szczytów, że trzeba było jakieś stanowcze środki przedsięwziąć. Na razie skazano mnie na podwójną abstynencję i oto od kilku dni kropelki w ustach nie miałem, co jest dość uciążliwe!
Do widzenia, drogi Panie Felicjanie. Zasyłam serdeczne pozdrowienia i ucałowania rączek Pani. Proszę coś wymyśleć!
Karol Szymanowski

Link: http://www.pwm.com.pl/szczegoly.php?przedm=126699&grupa_p=2

Cyt. za: Karol Szymanowski, Korespondencja. Pełna edycja zachowanych listów od i do kompozytora. Tom 2. 1920-1916, Kraków 2007


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.